10/16/2012
10/09/2012
jedenasty promień słońca
Dzień to promieniujące ciepłem słońce. Słońce to ciepło. Ciepło to bezpieczeństwo, rodząca się bliskość powodująca nieokiełznaną przyjemność z obcowania. Ciężko walczyć z przyjemnością, bo i czemu, a częściej nawet walczy się o szczęście. Gdy się je wygra to już o nic więcej nie trzeba się martwić. O niczym nie trzeba intensywnie myśleć. Błogostan.
I nagle, wszystko inne przestaje mieć znaczenie.
Tą chwilę pragniemy zatrzymać. Jedno spojrzenie na pewien obraz, który namalowała nam rzeczywistość. Zegar staje. Klisza zostaje naświetlona. Teraz możemy tę klatkę szczęścia wywołać gdy tylko chcemy. Zamiast żyć ciągle w tym pięknym jasnym świetle.
Potem znowu jest tak samo. Szaro. Można psioczyć. Narzekać. Kląć, a w końcu myśleć co robić by tak nie było. Nadal szukać szczęścia.
Jeśli z kolei koloryt naszego życia tylko nabiera barw, rozwija się jak kwiat wiosną czujący przypływ ciepła, to wiedz, że nic się nie dzieje.
Można leżeć i leniuchować, cieszyć się i dzielić się radością, nie chcąc słuchać o żadnych problemach, których i tak nie ma. Wtedy można żyć pełnią życia. Bez trosk. W dostatku. Na dupie.
Szczęście w nieszczęściu.
I nagle, wszystko inne przestaje mieć znaczenie.
Tą chwilę pragniemy zatrzymać. Jedno spojrzenie na pewien obraz, który namalowała nam rzeczywistość. Zegar staje. Klisza zostaje naświetlona. Teraz możemy tę klatkę szczęścia wywołać gdy tylko chcemy. Zamiast żyć ciągle w tym pięknym jasnym świetle.
Potem znowu jest tak samo. Szaro. Można psioczyć. Narzekać. Kląć, a w końcu myśleć co robić by tak nie było. Nadal szukać szczęścia.
Jeśli z kolei koloryt naszego życia tylko nabiera barw, rozwija się jak kwiat wiosną czujący przypływ ciepła, to wiedz, że nic się nie dzieje.
Można leżeć i leniuchować, cieszyć się i dzielić się radością, nie chcąc słuchać o żadnych problemach, których i tak nie ma. Wtedy można żyć pełnią życia. Bez trosk. W dostatku. Na dupie.
Szczęście w nieszczęściu.
9/04/2012
dziesiąty promień słońca
Bywa spoko. Tak jak teraz.
Do słonecznego dnia, ciepłego
wieczoru, czy gorącej nocy. Coś by rozklekotać biodra w dwóch
odrębnych stylach muzyki. Pierwszy dotyka współczesności, dyskotek. Opowiada o panujących w nich dźwiękach, a
jednocześnie jest to historia tak hipsterska jak jedzenie spaghetti pałeczkami.
Niesamowity występ, który usłyszycie, to czyste szaleństwo. W
teorii i w praktyce. Zapraszam was do chfilharmonii, by potańczyć
przy techno! the brandt brauer frick ensemble
Druga propozycja wspomoże wyobraźnię,
by przemieżać ulice niczym afroamerykanie w latach 90' patrolując
Brooklyn. Wyginające dźwięki, które od pierwszej nuty wymuszają
przytup. Organiczne, soczyste brzmienie, wilelkie umiejętności
muzyków i ten funky groove, który porywa i uzależnia jak facebook.
Wystarczy posłuchać. soulive
Tańczcie z
uśmiechem na twarzy.
To zdrowe.
Na dziś to tyle.
Patrzcie przed
siebie.
Zostawiając
smutek w tyle.
Chwile.
8/27/2012
dziewiąty promień słońca
'Okno na Twarzowyperiodyk'
Uwielbiam podglądać. Wszystkich.
Obojętnie kim są i co robią. W każdej wolnej chwili się temu
poświęcam, chłonę wszystko co zobaczę. Mogę już nawet
powiedzieć, że to moja pasja. Gdy tylko wracam z pracy do domu,
szybko zaglądam do lodówki, by zaspokoić pierwsze głody, by zaraz
potem zacząć patrzeć. Z resztą w pracy też podglądam. W sumie
na każdym kroku, bo i w autobusie i w pociągu, kawiarni,
hipermarkecie, nawet idąc ulicą, czy leżąc na plaży. Wszędzie
szpieguję. Wszystko mnie interesuje, gdy tylko w jak najmniejszym
stopniu dotyczy mojego życia, jest gdzieś dalej. To pasja na całe
życie. W domu nawet przygotowałem sobie specjalne stanowisko.
Najwygodniejsze krzesło z nowej kolekcji, która swoją drogą
podczas podglądania wpadła mi w oko. Piękne nowe biurko,
na którym wygodnie podeprzeć mogę swe łokcie, gdy od tego całego
szpiegowania zaczyna mnie ogarniać zmęczenie. Nawet ostatnio
nauczyłem się podglądać tak, żeby jednym okiem odsypiać, a
drugim nadal prowadzić obserwację. To jest dopiero umiejętność.
Mówiąc
najprościej podglądam wszystko, co zdołam zobaczyć przez me
wąskie okienko. Codzienność moich sąsiadów nie zachwyca.
Prozaiczne problemy i sytuacje spotykające każdego z nas: ciężki
dzień w pracy, lekki dzień w pracy, urlop, jego brak, rozrywka, śmiech,
zabawa, imprezy, urojone problemy z nadwagą, ewolucje kulinarne,
smutki, miłości, zdrady, romanse, połamane serca, cytaty
nierdzewnych prawd wieszane na ścianach, piękne sąsiadki w oknach,
czasem nawet wychylają się w bieliźnie. Prawdziwy zalew informacji. I to
chyba lubię najbardziej. Prędkość z jaką się rozchodzą, docierają do mych oczu, uszu i buszują po neuronach. Te
najprostsze, codzienne sytuacje, które sam mógłbym spotykać i
przeżywać będąc tam. Jednak mnie tam nie ma, bo jestem zbyt zajęty
wychwytywaniem przekazywanych i przetworzonych już historii. Zabawne
jak wiele można widzieć aż tam, będąc tylko tutaj.
Sąsiadka ostatnio
chwaliła się drugiej swoimi zdjęciami z Maroko, gdzie była w
czasie ostatnich wakacji (swoją szowinistyczną drogą muszę
przyznać, że bardzo apetycznie wyglądała), więc wiem jak tam
jest, nie muszę jechać. Tak samo jak z Włochami, Tunezją, czy
Grecją. Wszędzie byłem oczami. Banalne, prawda? Musicie tego
spróbować. Bo podglądanie jest w dechę. Jakiś czas temu żarliwie
dyskutował jeden z sąsiadów z sąsiadką, mówię wam, że im z
oczu iskry leciały jak przy szlifierce. On idąc usłyszał, co jej
gra w mieszkaniu i podłapali wspólny temat. Byłem niedaleko, więc
słyszałem jak rozmawiali w tak pasjonujący sposób, że nie szło
się oderwać, tylko szkoda, że on tak z własną żoną nie
rozmawia, bo może i by zdołał uratować swoje małżeństwo, a tak
rozbija kolejne, odwiedzając sąsiadkę z winem, by chłodnymi
wieczorami rozgrzać jej mieszkanie do czerwoności.
Jednego sąsiada za
to naprawdę lubię i szanuję. Mieszka obok i non stop, gdy tylko
jest w domu słucha głośno muzyki. Całe szczęście, że
dobrej, dlatego go lubię i szanuję. Czasem, gdy czegoś nie znam, a
mi się podoba to wsuwam mu karteczkę pod drzwi pisząc z zapytaniem
o dany utwór, on wtedy odpisuje i również odsyła mi pod drzwi.
Nie, nie utrzymujemy kontaktu, jakoś ciężko jest się spotkać.
Dobrze, że mamy te karteczki.
Lubię też trzymać
oko na pulsie sklepowych nowości. Mam kilka ulubionych witryn i gdy
tylko pojawiają się nowości, wtedy siedzę i oglądam do upadłego.
Co z tego, że prawdopodobnie nigdy mnie nie będzie na to wszystko stać.
Przynajmniej nacieszę oczy i sobie popatrzę, powyobrażam. Z
przecen za to korzystam regularnie i z reguły jestem pierwszy do
zakupu. Inaczej to nie. Wszystko wina pracy, za mało zarabiam.
Szkoda, że trzeba
za coś żyć i jest ta praca potrzebna, i trzeba z domu wyjść, bo tak nawet
bym tego nie potrzebował, w końcu widzę aż nadto i wiem
wszystko. Moje biurko, to sam środek świata. Fajny film ostatnio
widziałem, sąsiad z naprzeciwka miał włączony, tylko jest
problem, bo nie zdążyłem zauważyć tytułu, ani reżysera, bo za
późno się dosiadłem, ale może załapiecie co to za obraz.
Opowiadał o jakimś fotografie na wózku inwalidzkim, który
mieszkał na którymś tam piętrze w bloku i w ogóle nie wychodził,
bo nie mógł się na tym wózku ruszyć dalej niż po pokoju i
patrzył tak jak ja na życie swoich sąsiadów. I dobrze, że
patrzył, bo w końcu odkrył, że jego sąsiad to morderca i swą
zacną małżonkę pokroił na kawałeczki i przymusowo eksmitował
ze swojego lokum. Co by było gdyby nie patrzył? Zło by zwyciężyło,
małżonka zostałaby cichcem zamieniona, a on nic by o tym nie
wiedział i nie mógłby być nazwany bohaterem. Dlatego chyba nie
zrozumiałem pointy tego filmu, gdy on z uśmiechem na ustach siedzi
z ukochaną, odwrócony od okna i przestaje na wszystko patrzeć...
8/21/2012
ósmy promień słońca
Przepalone na węgiel, w piękną pogodę ludzkie myśli, potrzebuj ochłody i znieczulenia w weekendową chwilę oddechu. Niczym tlen łapczywie łapany moment, możliwość by zapomnieć, zgrzeszyć na wpół świadomie i chociaż pozornie poczuć się lepiej niż dni temu. Tygodnie. I te weekendy trwają tygodniami, lub co tydzień, a i tak nikt tego nie policzy. Ciężko jest liczyć zapałki, gdy zaczynają się zlewać w jedną, wielką. Wtedy ją można złamać, lub odpalić, a przy takiej drodze zaraz zgasić, lub poczekać, aż sama się dopali. Mieć dystans do podejmowanych decyzji. W końcu truizmem jest: 'Ścieżka sprawiedliwych wiedzie przez nieprawości samolubnych i tyranię złych ludzi'. Przychodzi zawsze taki moment, że w butelce jedyne co można znaleźć, to siebie. Siedzącego w zamknięciu, na dnie, samotnie zadręczającego się myślami. Etanolowy monolog z Bogiem, jedynym prawdziwym. W imię Ojca, Matki i siebie samego, zaklinam się! By wiedzieć, w morzu niewiadomej, rozumieć w niezrozumieniu i być pewnym w niepewności. Nic z tego. Czasem jedynie, budząc się, gdy najgorszą chorobą jest życie, a trzeźwość jest nie do wytrzymania, możemy zaopatrzyć się w mądrość, będącą przebłyskiem geniuszu w mroku upojenia. I podążać tą drogą. W zgodzie tylko i wyłącznie z samym sobą.
Grzebiąc ostatnio w sieci znalazłem prawdziwy relikt przeszłości. Laurkę. Rachunek wystawiony pewnym epizodom. I ta prozaiczna wymowa, przewrotność tytułu, wskazuje, którędy patrzyć na świat, jak iść, by nieprawość, samolubność i tyrania nie przygarnęły pod swe mroczne skrzydła, zagubionej duszy, a znieczulica, nie owładnęła napędzającą życie beatmachiną. Bo już dość znieczulania.
Z cyklu dawno i nie prawda. Kącik poetycki.
Grzebiąc ostatnio w sieci znalazłem prawdziwy relikt przeszłości. Laurkę. Rachunek wystawiony pewnym epizodom. I ta prozaiczna wymowa, przewrotność tytułu, wskazuje, którędy patrzyć na świat, jak iść, by nieprawość, samolubność i tyrania nie przygarnęły pod swe mroczne skrzydła, zagubionej duszy, a znieczulica, nie owładnęła napędzającą życie beatmachiną. Bo już dość znieczulania.
Z cyklu dawno i nie prawda. Kącik poetycki.
pióra mego własnego, czemu się dziwię.
"Paracetamol"
Myśli składają się w litery
Litery składają się w słowa
Tak prosta forma przekazu
Trochę wibracji, otwarte usta - mowa
Mówimy dużo, dużo za dużo
Piszemy więcej
Lecz gdy przychodzi czas szczerości
Umywamy ręce
Lęk nas ogarnia, miliardy skotłowanych myśli
I jedno zasadnicze pytanie co ona sobie pomyśli,
Gdy się dowie, że więcej bajek jest w tym jednym słowie,
Niż Andersen miał zapisanych w tomie.
Myśli składają się w litery
Litery składają się w słowa
Milczenie jest złotem,
A my nie chcąc być chciwi
Mówimy jak najęci
Nieszczerzy, fałszywi.
Myśli składają się w litery
Litery składają się w słowa
Tak prosta forma przekazu
Trochę wibracji, otwarte usta - mowa
Mówimy dużo, dużo za dużo
Piszemy więcej
Lecz gdy przychodzi czas szczerości
Umywamy ręce
Lęk nas ogarnia, miliardy skotłowanych myśli
I jedno zasadnicze pytanie co ona sobie pomyśli,
Gdy się dowie, że więcej bajek jest w tym jednym słowie,
Niż Andersen miał zapisanych w tomie.
Myśli składają się w litery
Litery składają się w słowa
Milczenie jest złotem,
A my nie chcąc być chciwi
Mówimy jak najęci
Nieszczerzy, fałszywi.
8/13/2012
siódmy promień słońca
"PolskoKochamPodróżować!", czyli hipsterski komediodramat bez morału, z happy endem w jednym akcie, na jeden wagon trasy Opole - Wrocław, pociągiem Kraków - Kołobrzeg.
[narrator]
Czasem jak każdemu człowiekowi, tak i mi zdarza się podróżować. Nie chodzi tu o błahe, codzienne wycieczki do sklepu i z powrotem osadzone w rzeczywistości jak papierosy, bardziej o trasy, do przebycia których trzeba zaciągnąć się u zawodowego przewoźnika dalekobieżnego. Z powodu sytuacji jaka panuje na rodzimych drogach, obawiam się posiadania prawa do jazdy, a jednocześnie, mimo, że mam pieniądze na kurs, to i tak na egzamin nadal zbieram. Za to sypiam dobrze. I właśnie dlatego pojawiłem się piechotą na dworcu pkp 3 minuty przed odjazdem pociągu, który stał już i sapał zziajany na peronie. Tak przynajmniej wydawało mi się po deszyfracji skrzeczenia roznoszącego się z głośników po dworcu. Kolejki przy kasach sięgały 4 osób każda, a patrząc na zegarek 20 minut nie miałem, by w którejkolwiek z nich się ustawić. Po drugie spostrzegłem brak gotówki. Pamiętając dobrze o doliczanym banknocie o nominale 10 do każdego zakupu biletu w pociągu, za wydruk na gwinejskim papierze z koali zielenkawej (łac. greenpeace shittus) przy cenie hurtowej 70zł/m (co swoją drogą jest uczciwe), postanowiłem skorzystać z automatu biletowego, gdzie mogłem zapłacić kartą. Podobno. Raz wcześniej widziałem z niewielkiej odległości jak to się robi, co oznaczało kompletny brak zaznajomienia z obsługą tego sprzętu, ale czas nie pozostawiał mi złudzeń.
[czas]
dasz radę, przecież widziałeś jak to się robi. Zaraz odjedzie pociag! Rozumiesz?!? Umiesz to zrobić. UMIESZ! DASZ RADĘ! ZRÓB TOOO!!!!
[narrator]
Od automatu do pociągu miałem parę kroków włączając w to przejście podziemne między peronami. Podszedłem do niego. Nie przywitał się.
[czas]
dasz radę...
[narrator]
Wyciągnąłem rękę w stronę klawiatury, by zacząć komunikację. Pierwsze diamentowe kryształki potu zalęgły się na mym czole, rozszczepiając światło słoneczne na malutkie tęcze, w około których tańczyły jednorożce ciesząc się, że tak dobrze mi idzie. Odchodziłem od zmysłów. Moim oczom ukazało się 2 przejazdy. Oba do Wrocławia. Jeden InterPiciPolo, a drugi InterMediolanGolanOlan. Wybrałem ten do Wrocławia. Zadowolony, już na pamięć wykonując czynności płatnicze kartą czułem, jak me nogi rwą się do biegu. Wyciągnąłem plastik, zaraz po nim wyszarpnąłem z paszczy automatu mój bilet i biegłem jak dziecko Forresta i Loli. Schody, kawałek podziemnego korytarza, schody znów i już jestem na miejscu, gdzie moim oczom ukazuje się tablica odjazdów, a w tym samym momencie spikerka charczy w mikrofon to co nagle staje się objawione.
ding dong
[spikerka]
cha, cha, cha, cha, charczę tak od dziecka, a ten pociąg to nie ten, a tamten masz piętnaście minut później Ty głuchy zajobie... ding dong cha, cha, cha, cha, charczę tak od dziecka, a ten pociąg to nie ten, a tamten masz piętnaście minut później Ty głuchy zajobie i nie z tego peronu więc spier ding dong.
[narrator]
Wróciłem, tą samą drogą, w czasie tejże drogi sprawdziłem, czy bilet, który trzymam w ręce, jest do Wrocławia. Był. Czy godzina się zgadza. Zgadzała. Który peron. Poszedłem tam. Usiadłem i oczekując w spokoju postanowiłem się zrelaksować przy kojących nerwy dźwiękach muzyki.
radiohead - house of cards
Rozłożony niczym król nie spostrzegłem nawet, kiedy ten czas mi zleciał. Nie dało się nic zrobić, już nie żył. Gdy pociąg podjechał wsunąłem go pod ławkę, a sam (oczywiście upewniając się, czy wszystko mi się zgadza i czy tym napewno dojadę) poszedłem wsiadać. Słońce dokazywało, lekka i przyjemna pogoda zawsze sprzyja podróżowaniu. Pomogłem wnieść torby jakiejś kobiecie, zza którejś wschodniej granicy, za co podziękowała niepełnym, choć szczerym uśmiechem. Okazało się, że jeden wagon, na całość ludzi zgromadzonych na peronie to wystarczająca ilość, więc ustawiłem się przy wyjściu, by nie pchać się w korytarz, czylu bezosobową masę wijących się ciał. Pociąg ruszył.
Podróż ma to do siebie, że trwa. Od swego początku, aż po kres. W każdym razie do tego drugiego miałem daleko. Wciągnąłem słuchawki na uszy i wdusiłem play. Radiohead w zderzeniu z wagonowym remixem nie wypadł dobrze. Postanowiłem zmienić nastrój na bardziej hałaśliwy i na przekór całemu spokojnemu, czy wręcz wypoczynkowemu charakterowi wycieczki:
parkway drive - a cold day in hell
Zadowolony tupiąc nóżką do karkołomnego rytmu kolejnych z kolei utworów rozkoszowałem się widokami zza okna, oczekując...
W połowie drogi, pojawiła się na horyzoncie pani konduktor. Gdy zbliżała się, uśmiech przyozdobił mi twarz, w końcu jak miałem się nie cieszyć - jechałem pociągiem do Wrocławia, miałem bilet do Wrocławia, konduktorka go sprawdzi będę miał spokój, aż po kres. Podałem jej legitymację studencką z zatkniętym już w nią biletem, by cały zestaw został zweryfikowany i bez zbędnej wymiany zdań rozejść się do swych zajęć. Zaczęła szaleńczo kręcić głową na boki, wpatrując się z dezaprobatą w bilet. Potem wydała z siebie coś na zasadzie:
[konduktorka]
NEIN! NEIN! NEIN!
parkway drive - It's hard to speak without a tongue
[narrator]
Z powodu automatycznej zmiany utworu na niezbyt pani konduktorce przychylny, postanowiłem zdjąć słuchawki i w spokoju wysłuchać z czym jest problem.
[konduktorka]
Ma pan zły bilet, nie pojedzie pan.
[ja]
Co jest z nim nie tak? Kupowałem w automacie w sumie pierwszy raz, bo raz tylko widziałem jak ktoś to robił, a ja się szybko uczę. Mogłem popełnić błąd, a do tego bardzo się spieszyłem, bo byłem delikatnie spóźniony na nie ten pociąg i do tego nie mam dużej gotówki przy sobie, może mi pani wytłumaczyć co z tym biletem? Bilet na godzinę i do Wrocławia mam, nie rozumiem...
[konduktorka]
Jak pan kupował bilet to tam gdzie pan zaznaczył InterMediolanGolanOlan, to powinien być InterPiciPolo, teraz musimy wystawić panu nowy bilet, bo ten nie jest na ten pociąg.
[ja]
W takim razie, proszę mi powiedzieć, ile mnie to będzie kosztować?
[konduktorka]
Musze wystawić panu nowy bilet, czyli wstukuje informacje to będzie, 21zł37gr.
[ja]
Nie mam takiej gotówki, mogę zapłacić kartą?
[konduktorka]
Nie. (albo NEIN!)
[ja]
Dlaczego nie można płacić kartą? To co teraz zrobimy?
[konduktorka]
Nie można, bo nie ma czytnika... Może wystawimy bilet zamienny, z przemianowaniem na InterPiciPolo, bo w sumie bilet pan ma, a to będzie 11zł52gr.
[ja]
Tłumaczę pani, że nie mam takiej gotówki, mam jedyne... przegląda portfel niecałe, ostatnie 6 zł. Cały kapitał mam na koncie, może przelew? Cokolwiek?
[konduktorka]
To mam dla pana bilet mandatowy w wysokości 300zł plus cena biletu, lub wysiądzie pan sobie w Oławie i poczeka na następny pociąg?
[ja]
DLACZEGO!?
[konduktorka]
Nie ma pan biletu, czyli za jazdę bez biletu, pieniędzy pan nie ma, żeby kupić bilet...
[ja]
Pieniądze mam, to pani nie ma terminalu by mi je odebrać po raz wtóry, za bilet do Wrocławia, tylko na inne picipolo. Będzie tam następny pociąg?
[konduktorka]
Aaaaaaaaaaaaa, tego to ja nie wiem...
[ja]
Pani se zaczeka...
[narrator]
Odwróciłem się na pięcie zostawiając ją, przeszedłem przez drzwi i skierowałem się do pierwszego lepszego przedziału z ludźmi. Przeprosiłem, by zebrać ich uwagę, wytłumaczyłem sytuację w jakiej się znalazłem od początku, gdy wszedłem na dworzec, aż do obecnej sytuacji, szczerze, paląc się ze wstydu i prosząc ich o drobne na bilet, konkretnie o 6zł, których mi brakuje. Zgodzili się bez wahania, zaczęli wygrzebywać drobne z torebek i portfeli, upewniając się czy mi nie brakuje i wystarczy na pewno.
[pasażer]
Tak tu słyszałem tej pani podniesiony głos jak staliście za drzwiami i się śmiałem, że wokalnie wyjęta jak z "Misia" peerelowska ekspedientka, co się "nie da", co zawsze "nie ma"...
[narrator]
Uśmiechnąłem się, doceniając celność tego żartu, podziękowałem serdecznie kłaniając się w pas po kilkakroć i udałem się by uszczęśliwić panią konduktor. Ta na widok niesionej gotówki tylko zatopiła się w swej maszynie, wydrukowała bilet, zabrała gotówkę i poszła kasować przedział, z którego wróciłem, a ludzie dobrej woli zabili ją śmiechem.
Koniec.
Teraz pozostaje przyznać rację tym, którzy nadal wierzą w dobro skrywane przez ludzi, że jeszcze gdzieś tam jest. Okazało się, że ludzie rzeczywiście są dobrzy, tylko konduktorzy to k...onduktorzy.
Happy End.
[narrator]
Czasem jak każdemu człowiekowi, tak i mi zdarza się podróżować. Nie chodzi tu o błahe, codzienne wycieczki do sklepu i z powrotem osadzone w rzeczywistości jak papierosy, bardziej o trasy, do przebycia których trzeba zaciągnąć się u zawodowego przewoźnika dalekobieżnego. Z powodu sytuacji jaka panuje na rodzimych drogach, obawiam się posiadania prawa do jazdy, a jednocześnie, mimo, że mam pieniądze na kurs, to i tak na egzamin nadal zbieram. Za to sypiam dobrze. I właśnie dlatego pojawiłem się piechotą na dworcu pkp 3 minuty przed odjazdem pociągu, który stał już i sapał zziajany na peronie. Tak przynajmniej wydawało mi się po deszyfracji skrzeczenia roznoszącego się z głośników po dworcu. Kolejki przy kasach sięgały 4 osób każda, a patrząc na zegarek 20 minut nie miałem, by w którejkolwiek z nich się ustawić. Po drugie spostrzegłem brak gotówki. Pamiętając dobrze o doliczanym banknocie o nominale 10 do każdego zakupu biletu w pociągu, za wydruk na gwinejskim papierze z koali zielenkawej (łac. greenpeace shittus) przy cenie hurtowej 70zł/m (co swoją drogą jest uczciwe), postanowiłem skorzystać z automatu biletowego, gdzie mogłem zapłacić kartą. Podobno. Raz wcześniej widziałem z niewielkiej odległości jak to się robi, co oznaczało kompletny brak zaznajomienia z obsługą tego sprzętu, ale czas nie pozostawiał mi złudzeń.
[czas]
dasz radę, przecież widziałeś jak to się robi. Zaraz odjedzie pociag! Rozumiesz?!? Umiesz to zrobić. UMIESZ! DASZ RADĘ! ZRÓB TOOO!!!!
[narrator]
Od automatu do pociągu miałem parę kroków włączając w to przejście podziemne między peronami. Podszedłem do niego. Nie przywitał się.
[czas]
dasz radę...
[narrator]
Wyciągnąłem rękę w stronę klawiatury, by zacząć komunikację. Pierwsze diamentowe kryształki potu zalęgły się na mym czole, rozszczepiając światło słoneczne na malutkie tęcze, w około których tańczyły jednorożce ciesząc się, że tak dobrze mi idzie. Odchodziłem od zmysłów. Moim oczom ukazało się 2 przejazdy. Oba do Wrocławia. Jeden InterPiciPolo, a drugi InterMediolanGolanOlan. Wybrałem ten do Wrocławia. Zadowolony, już na pamięć wykonując czynności płatnicze kartą czułem, jak me nogi rwą się do biegu. Wyciągnąłem plastik, zaraz po nim wyszarpnąłem z paszczy automatu mój bilet i biegłem jak dziecko Forresta i Loli. Schody, kawałek podziemnego korytarza, schody znów i już jestem na miejscu, gdzie moim oczom ukazuje się tablica odjazdów, a w tym samym momencie spikerka charczy w mikrofon to co nagle staje się objawione.
ding dong
[spikerka]
cha, cha, cha, cha, charczę tak od dziecka, a ten pociąg to nie ten, a tamten masz piętnaście minut później Ty głuchy zajobie... ding dong cha, cha, cha, cha, charczę tak od dziecka, a ten pociąg to nie ten, a tamten masz piętnaście minut później Ty głuchy zajobie i nie z tego peronu więc spier ding dong.
[narrator]
Wróciłem, tą samą drogą, w czasie tejże drogi sprawdziłem, czy bilet, który trzymam w ręce, jest do Wrocławia. Był. Czy godzina się zgadza. Zgadzała. Który peron. Poszedłem tam. Usiadłem i oczekując w spokoju postanowiłem się zrelaksować przy kojących nerwy dźwiękach muzyki.
radiohead - house of cards
Rozłożony niczym król nie spostrzegłem nawet, kiedy ten czas mi zleciał. Nie dało się nic zrobić, już nie żył. Gdy pociąg podjechał wsunąłem go pod ławkę, a sam (oczywiście upewniając się, czy wszystko mi się zgadza i czy tym napewno dojadę) poszedłem wsiadać. Słońce dokazywało, lekka i przyjemna pogoda zawsze sprzyja podróżowaniu. Pomogłem wnieść torby jakiejś kobiecie, zza którejś wschodniej granicy, za co podziękowała niepełnym, choć szczerym uśmiechem. Okazało się, że jeden wagon, na całość ludzi zgromadzonych na peronie to wystarczająca ilość, więc ustawiłem się przy wyjściu, by nie pchać się w korytarz, czylu bezosobową masę wijących się ciał. Pociąg ruszył.
Podróż ma to do siebie, że trwa. Od swego początku, aż po kres. W każdym razie do tego drugiego miałem daleko. Wciągnąłem słuchawki na uszy i wdusiłem play. Radiohead w zderzeniu z wagonowym remixem nie wypadł dobrze. Postanowiłem zmienić nastrój na bardziej hałaśliwy i na przekór całemu spokojnemu, czy wręcz wypoczynkowemu charakterowi wycieczki:
parkway drive - a cold day in hell
Zadowolony tupiąc nóżką do karkołomnego rytmu kolejnych z kolei utworów rozkoszowałem się widokami zza okna, oczekując...
W połowie drogi, pojawiła się na horyzoncie pani konduktor. Gdy zbliżała się, uśmiech przyozdobił mi twarz, w końcu jak miałem się nie cieszyć - jechałem pociągiem do Wrocławia, miałem bilet do Wrocławia, konduktorka go sprawdzi będę miał spokój, aż po kres. Podałem jej legitymację studencką z zatkniętym już w nią biletem, by cały zestaw został zweryfikowany i bez zbędnej wymiany zdań rozejść się do swych zajęć. Zaczęła szaleńczo kręcić głową na boki, wpatrując się z dezaprobatą w bilet. Potem wydała z siebie coś na zasadzie:
[konduktorka]
NEIN! NEIN! NEIN!
parkway drive - It's hard to speak without a tongue
[narrator]
Z powodu automatycznej zmiany utworu na niezbyt pani konduktorce przychylny, postanowiłem zdjąć słuchawki i w spokoju wysłuchać z czym jest problem.
[konduktorka]
Ma pan zły bilet, nie pojedzie pan.
[ja]
Co jest z nim nie tak? Kupowałem w automacie w sumie pierwszy raz, bo raz tylko widziałem jak ktoś to robił, a ja się szybko uczę. Mogłem popełnić błąd, a do tego bardzo się spieszyłem, bo byłem delikatnie spóźniony na nie ten pociąg i do tego nie mam dużej gotówki przy sobie, może mi pani wytłumaczyć co z tym biletem? Bilet na godzinę i do Wrocławia mam, nie rozumiem...
[konduktorka]
Jak pan kupował bilet to tam gdzie pan zaznaczył InterMediolanGolanOlan, to powinien być InterPiciPolo, teraz musimy wystawić panu nowy bilet, bo ten nie jest na ten pociąg.
[ja]
W takim razie, proszę mi powiedzieć, ile mnie to będzie kosztować?
[konduktorka]
Musze wystawić panu nowy bilet, czyli wstukuje informacje to będzie, 21zł37gr.
[ja]
Nie mam takiej gotówki, mogę zapłacić kartą?
[konduktorka]
Nie. (albo NEIN!)
[ja]
Dlaczego nie można płacić kartą? To co teraz zrobimy?
[konduktorka]
Nie można, bo nie ma czytnika... Może wystawimy bilet zamienny, z przemianowaniem na InterPiciPolo, bo w sumie bilet pan ma, a to będzie 11zł52gr.
[ja]
Tłumaczę pani, że nie mam takiej gotówki, mam jedyne... przegląda portfel niecałe, ostatnie 6 zł. Cały kapitał mam na koncie, może przelew? Cokolwiek?
[konduktorka]
To mam dla pana bilet mandatowy w wysokości 300zł plus cena biletu, lub wysiądzie pan sobie w Oławie i poczeka na następny pociąg?
[ja]
DLACZEGO!?
[konduktorka]
Nie ma pan biletu, czyli za jazdę bez biletu, pieniędzy pan nie ma, żeby kupić bilet...
[ja]
Pieniądze mam, to pani nie ma terminalu by mi je odebrać po raz wtóry, za bilet do Wrocławia, tylko na inne picipolo. Będzie tam następny pociąg?
[konduktorka]
Aaaaaaaaaaaaa, tego to ja nie wiem...
[ja]
Pani se zaczeka...
[narrator]
Odwróciłem się na pięcie zostawiając ją, przeszedłem przez drzwi i skierowałem się do pierwszego lepszego przedziału z ludźmi. Przeprosiłem, by zebrać ich uwagę, wytłumaczyłem sytuację w jakiej się znalazłem od początku, gdy wszedłem na dworzec, aż do obecnej sytuacji, szczerze, paląc się ze wstydu i prosząc ich o drobne na bilet, konkretnie o 6zł, których mi brakuje. Zgodzili się bez wahania, zaczęli wygrzebywać drobne z torebek i portfeli, upewniając się czy mi nie brakuje i wystarczy na pewno.
[pasażer]
Tak tu słyszałem tej pani podniesiony głos jak staliście za drzwiami i się śmiałem, że wokalnie wyjęta jak z "Misia" peerelowska ekspedientka, co się "nie da", co zawsze "nie ma"...
[narrator]
Uśmiechnąłem się, doceniając celność tego żartu, podziękowałem serdecznie kłaniając się w pas po kilkakroć i udałem się by uszczęśliwić panią konduktor. Ta na widok niesionej gotówki tylko zatopiła się w swej maszynie, wydrukowała bilet, zabrała gotówkę i poszła kasować przedział, z którego wróciłem, a ludzie dobrej woli zabili ją śmiechem.
Koniec.
Teraz pozostaje przyznać rację tym, którzy nadal wierzą w dobro skrywane przez ludzi, że jeszcze gdzieś tam jest. Okazało się, że ludzie rzeczywiście są dobrzy, tylko konduktorzy to k...onduktorzy.
Happy End.
8/04/2012
czwarty, piąty, a i szósty promień słońca
słonecznie dla równego rachunku, czyli takich dwóch, jak nas trzech...
Być gwiazdą... To chyba dziecięce marzenie
wszystkich ludzi w wieku około przedszkolnym, z którego tylko
nieliczni wyrastają. Z pewnością wychodzi im to na zdrowie, a w
szczególności psychiczne. Nie muszą strugać wariata na scenie,
skakać po niej jak kangury, czy wyginać w sposób odpowiedni dla
sypialnianych ekscesów. Sami artyści pewnie czują się tak samo,
gdy zaczynali stroić miny do lustra przykładając do ust szczotkę
do włosów, tylko teraz robią to z trochę większą powagą niż
wtedy. Pamiętajmy jednak, że droga do sławy jest wybrukowana
ciężką pracą, poświęceniem, ciągłym samodoskonaleniem i
rozwijaniem nabytych, lub wrodzonych umiejętności. Sam jako autor
popularnego bloga, otoczonego kultem i bezgraniczną miłością,
wiem o tym doskonale, że sława ma swą cenę. I dosłownie i w
przenośni, przecież, aby utrzymać się na szczycie, gdy nie ma się
do powiedzenia już nic, a określenie moja muzyka odnosi się do
sztabu średnio uzdolnionych twórców, pozostaje uzewnętrzniania
swej cielesności, wieszania krzyży w inną stronę niż właściwa,
mutowanie ich ze swastykami etc. Wszystko po to, by nadal być na
szczycie, by mówili. Mam nadzieję, że nigdy się tak nie stoczę.
Jak przystało na prawdziwego Polaka – klnę się na Madonny z
dzieciątkami.
Ból po utracie publiczności, masowego uwielbienia
jest chyba najsilniejszym czynnikiem depresjogennym. Udało mi się
to ostatnio zaobserwować w historii wpisanej w dzieje kina, w drugim
najważniejszym momencie od jego wynalezienia. Aż do 1927 roku film
musiał czekać na pierwszą kwestię mówioną. Jak bywa z nagłym
skokiem technologicznym, nie wszystkim udaje się dostosować.
Przenieśmy się na Sunset Boulevard, gdzie w zaniedbanej,
wielkiej posiadłości mieszka gwiazda kina niemego, diva ekranowa,
prawdziwa ozdoba ekranu, której kariera dawno minęła, właśnie w
momencie udźwiękowienia kinematografii. Tak jak Valentino nadawała
się do rzucania wypełnionych emocją, głębokich spojrzeń,
teatralnych gestów, tak i ona czarowała, lecz gdy trzeba było
wypowiedzieć się przed kamerami – tak samo jak i jego – nie
dało się słuchać. Świat się zmienił. Stała się bezużyteczna.
Zamknięta w swym wielkim pustym domu, tylko ona i jej wierny
kamerdyner, pogrążeni w cieniu dawnej chwały, gdzie ekscentryzm
wielkiej gwiazdy miesza się powoli z czystym szaleństwem. I z
postępem fabuły to szaleństwo rośnie na naszych oczach,
zastępując obraz gwiazdy, obrazem wariatki, której sława powraca
w tym złym odcieniu, dzięki dziennikarskiej chciwości i żerowaniu
na ludzkim nieszczęściu. Gorąco polecam "Bulwar Zachodzącego
Słońca" (1950, reż. Billy Wilder), bo jest to jedno z tych
czarujących arcydzieł kinematografii, spłodzonych w złotej erze
Hollywood, z historią opierającą się o rzeczywistość jaką
znamy z czasów rozwoju kina, wciągającą widza w wykreowany świat
po same uszy, a pięknie sfilmowana oddziałuje niezwykle sugestywnie
na zmysły.
Każda era posiada swojego tragicznego bohatera. Czy
będzie to Valentino (Rudolf) ze swym nieszczęsnym włoskim
akcentem, czy Monroe (Marilyn), czy Morrison (Jim), czy Joplin
(Janis), czy Hendrix (Jimi), czy Lee (Bruce), czy Pastorius (Jaco),
czy Willas (Violetta), czy Cobain (Kurt), czy Huston (Whitney), czy
Ledger (Heath), czy Murphy (Brittany), czy w końcu Winehouse (Amy).
Życiorysy artystów zbyt często nie kończą się happy endami, a
pocieszeniem zostaje tylko gorzka chwila refleksji w ciemnym pokoju
przed telewizorem, gdzie włączymy sobie doskonały film i
zostaniemy porwani przez perfekcyjnie wykreowaną rolę, lub płytę
z muzyką płynącą z serca utalentowanego człowieka.
Ostatnio zostałem uraczony awarią prądu (niestety
zdarzają się już tak rzadko), od sąsiadów (bez pomocy
facebooka!) dowiedziałem się, że w całej okolicy wysiadł i
trochę go nie będzie. Kataklizm ten (oczywiście z nudów)
rozciągnąłem odrobinę przy pomocy wyobraźni na cały glob i
zacząłem w błogiej naturalnej ciszy kontemplować nad tym co by
było, gdyby...
Bez dostępu do komputerów i internetu Rihanna nie
mogła by z pewnością na bieżąco pisać o kontuzji swego palca u
stopy, wysyłać do fanów zdjęć swej 'zachwilę' zmarłej babci,
ani informować kiedy i gdzie postawi klocka. Niedoróbki wokalne
Katy Perry raniłyby uszy tak, jak to ma miejsce w rzeczywistości, a
ona sama wreszcie spotkałaby się może z powołaniem i zaczęła
pozować nago do czasopism o nikłej treści, lecz formie w
odpowiednich wymiarach. Niechęć do kupowania biletów na kameralny,
akustyczny koncert kogoś kto nie umie grać, lub śpiewać byłaby
czymś w pełni naturalnym. Całość wielkiego globalnego
konsumpcjonizmu artystycznego rozsypałaby się w drobny mak. Z braku
możliwości nagrywania płyt, wypełniania ich elektroniką i
modelowania w nieprawdopodobnie idealną formę, liczyliby się
jedynie artyści, którzy zachwycaliby kontaktem emocjonalnym z
widzem podczas koncertów na żywo, tylko Ci, którzy autentycznie
chwytaliby za serce, lub oszałamiali umiejętnościami muzycznymi.
Ludzie zachwyceni takimi występami nie musieliby się dzielić
wrażeniami z całym światem, a jedynie z osobą stojącą obok.
Zwalnialibyśmy na rynku by posłuchać ulicznego grajka w skupieniu,
choć chwilę, by zobaczyć co chce nam przekazać i czym chce się z
nami podzielić, nie mijając go w pospiechu, obojętnie, mając w
pamięci nagranego na youtube lepszego warsztatowo bezdomnego z
Urugwaju. Bronx, czy Brooklyn obfitowały by w ulicznych poetów,
stojących na rogu, przyklaskujących sobie w rytm wersów układanych
na bieżąco, lub wcześniej spisanych, a ja siedziałbym zaczytany w
tomiki poezji Notoriousa B.I.G, czy Jay'a-Z. Sztuka dla sztuki, dla
spełniania wyższych celów, przekazywania emocji, dla samego
procesu realizacji swych potrzeb artystycznych. Amerykański sen znów
oparty byłby na prawdziwym talencie, a nie na dupie co ma wzięcie i
może spełnić marzenia o kupie szmalu i pławieniu się w luksusie.
Takie marzenia pozostawały by w blokach startowych, a ich realizacja
dla kogoś bez talentu i zaangażowania, byłaby naturalnie
niemożliwa i w pełni przez niego akceptowana na ciepłej posadce
mleczarza. Dzięki globalizacji nawet ja mogę poczuć się wielkim
pisarzem, którym bez wątpienia jestem, co widać, czytać i czuć
po każdej kartce naznaczonej cyfrowym tuszem, który w dowolnej
chwili mogę zmodyfikować, dopieścić ku najlepszej możliwej,
szczytowej formie, w nieskończoność poprawiać, a maszynopisy
będące niezbytym dowodem na to, że tego talentu mi brak
pozostawiam w domu dla własnego sadomasochistycznego umartwiania się
nad beznadzieją własnego losu, gdy inni tak pięknie się
sprzedają. I aż w gardło korci, by zakrzyknąć za klasykiem:
„wszyscy artyści to prostytutki, w oparach lepszych fajek, w
oparach wódki. A jedne są lepsze, a drugie są gorsze. A gorsze są
tańsze, a lepsze są droższe”, choć z tym ostatnim ciężko mi
się zgodzić. Zdarzają się wyjątki, jednak nieprzystępność,
brak populizmu w działaniach i podejmowane tematy nie pozwalają im
dumnie wyjść z cienia. I w tym wątku mieści się projekt, który
chodzi po mojej łysiejącej głowiźnie od momentu wydania niczym
Korzeniowski Robert na IGRZYSKACH OLIMPIJSKICH (panowie
'dziennikarzowie', proszę!!!!!!) swego czasu. Babu Król, czyli
Budyń i Bajzel ( rewelacyjne pseudonimy) z alternatywnego zespołu
Pogodno w natarciu, z płytą wyśnioną (dosłownie, przez Jacka
Szymkiewicza, czyli Budynia), która wydobywa z odmętów błotnistej
kałuży gwiazd zapomnianych twórczość i przywraca ją do życia.
Artysta ten enigmatycznie podpisywał się: Sted - Edward Stachura,
bo o niego przede wszystkim chodzi w tym projekcie, to postać
całkowicie (pomijając zapalonych czytelników poezji, studentów
polonistyki, lub ludzi, którzy dobrze trafili z nauczycielami języka
polskiego w szkole) zapomniana, a w czasach bezinternetowych, masy
ludzi poruszała jego poezja, która szczerością i trafnością
spostrzeżeń docierała do serc, ciekawiły opowiadania
nierozerwalne z gorzką rzeczywistością człowieka i umiejscowione
gdzieś obok, właśnie wśród zwykłych-niezwykłych ludzi. Jego
dzieła były wywieszane w miejscach kultu, na ołtarzykach, które
przypominają facebookową tablicę tylko w pełni realną, z której
brakujące wiersze, czy piosenki, fan, czy fanka mogli sobie spisać,
a te, które oni cudem posiadali, mogli podoklejać dla innych.
Prawdziwa Stachuromania, przyciągał niczym Justin Bieber
nastolatki, tylko bez tak ślicznej twarzy, masy managerów,
producentów, z talentem, który przyciągał tłumy sam z siebie.
Zwykły człowiek, który tragicznie przestał istnieć, a fala
współczesności, wszechobecności wszystkiego zmyła ślad jego
istnienia dla szerszej publiczności. I tu wkroczyli Budyń i Bajzel,
którzy próbują przetłumaczyć na współczesny język muzyki
piosenki i wiersze Stachury (bo kto słucha ogniskowego SDM?),
udowadniając jak bogaty zbiór słów/dźwięków zawarty jest w
jego twórczości i jak aktualna ona jest mimo upływu lat, a to
wszystko na płycie zatytułowanej po prostu „Sted”. Znając
Pogodno wiadomym jest, jak zwariowani są Ci dwaj czołowi artyści
tej grupy, a bezkompromisowość i odwaga z jaką sięgnęli po
Stachurę jest godna pozazdroszczenia, lecz ilość wtopionych
pieniędzy w tak niekomercyjny projekt już nie. Nie ma co rozpisywać
się nad rewelacyjnym połączeniu słów wyciągniętych z poezji, z
graną i wyśpiewywaną muzyką – czysta symbioza i to trzeba
usłyszeć na własne ucho, a za każdym kolejnym razem otwierają
się przed słuchaczem nowe, barwne, maleńkie smaczki, które tylko
zwiększają przyjemność płynącą z odbioru tej płyty. Wyobraźni
muzycznej można panom z Babu Król szczerze zazdrościć.
I oto naturalna, piękna kolej rzeczy. Nowe
pokolenia, nowa rzeczywistość, nowe interpretacje i nowi artyści.
Szkoda, że na tak małą skalę. Przy rozległych możliwościach
jakie daje nam technologia trzeba nauczyć się oddzielić ziarno
(szczerość w sztuce), od plew (cycki |nic do nich nie mam, żeby
nie było, tylko za sam biust Mandaryny artystką nie podpiszę|, gel
na lokach i twórczość, z która w zetknięciu można przeżyć
osobisty dramat w Andach). Wspierajmy ich twórczość, nie
zapominajmy, poznajmy, nim będzie za późno, bo potem pozostanie
nam jedynie złożyć hołd i skromny wieniec.
Subskrybuj:
Posty (Atom)