8/06/2023

Zazwyczaj świat się nie kończy, gdy mijają całunki

Nie mam tu żadnej inspiracji. Artystyczny niebyt. Twórcza wydmuszka.
Otoczony przez lustra w zawiłych katakumbach wspomnień się błąkam, błądzić to rzecz ludzka.
Labirynt martwych twarzy, żywych ludzi, postaci z przeszłości, niechybnych spojrzeń w głąb osobistości, brudnych sumień cały pęk, 
Nikt się Twym losem nie wzrusza, więc napij się za mnie, z pucharu spij smak wywaru, gdyż ja już nie umiem, 
Udając że wszystko w normie, rzuć wszystko i chodź do mnie, 
Na krawędzi łóżka, przyłóż do mych ust usta i sprawdźmy dokąd prowadzi mnie pustka. 

Utoń w mym morzu mych inspiracji, zostań tu tylko moim artystą, twórz, publikuj, zdobądź wszystko. 
Spójrz na siebie, zbliż się do lustra, wspomnij z uśmiechem, będę bardziej ludzka, 
jeśli się zgubisz, masz tutaj łańcuch, zostań dziś przy mnie, dołącz do mych wybrańców, 
Uśmiechaj się do mnie, siadaj i pisz o mnie, będę tu jutro, przyniosę garść wspomnień, jestem też dziś, Wychodzę po fajki, już Cię nie zapomnę, 
Odejdę, gdy skusisz, gdy nie usłuchasz próśb mych, oddalę się na moment, 
Ty twórz, pisz, dzień, w noc, zdaj się na mój gust, na imię mam, nie ma mnie już





7/19/2023

Splot

Kolejnym dniem splątani jak nićmi 
Oddają cześć, oddają los, oddają myśli
Nie mają co oddać, to coś się wymyśli
Życie ma wartość, śmierć to też profit
Związani jak grządki, związani przez dotyk
Po nitce do kłębka, tak proste to przejście
Urzeczywistnię marzenia, jak chcesz to Cię splamię
Zrozumiesz, że robisz, albo w blokach zostaniesz
Dotykaj, smakuj, żyj z całych sił 
Bo Cię dopadnę
Żmij

7/12/2023

Weź Dwie

Bez dymu, bez rymu, mnóstwo przygód
Bez słowa, o przygodach, to proza
Bez życia, jak dzisiaj, tak, jutro
Wciągam swe grzechy, odbijam je jak lustro
Kto leczy, kto choruje, żyje jak dureń
Ściągając chmurę, niszcząc naturę
Myślę, że czuję, z nogą pod murem, 
Żółty szalika sznurek, moje co przyszło
Kto słodycz poczuje, nie zniknie z podwórek 
Dla dwójek, tak czuję, życie jest w sumie

7/05/2023

IESVS NAZARENVS REX IVDÆORVM

wiązka wiąże mnie supła wspak dążeń na drodze spełnienia brak
co rusza każdym kolejnym dniem tworząc związek odganiam koszmary spod powiek
nie krążę to krążyć ma ptak co szuka znajomych spojrzeń
dookoła dnia wśród niezgasłych płomieni zimnych ogni nie znajduje nic prócz wygasłych pochodni
to znak od nich z nieba, że wszyscy możemy być podli
to znak od nich z nieba, że już nie trzeba się modlić
to znak od nich z nieba, że już teraz tak trzeba

otula mnie podłość i wrzask, przytula mnie ból i Twa przemoc
jeśli opadłeś, to się podciągnij nie bądźmy skromni
ogarnia mnie podłość i wrzask, przytula mnie pustka i niemoc
jeśli jest więcej niż nic, to czym więcej jest niebo
rozszarpie mnie wściekłość i wrzask, przytula mnie gwóźdź i to drzewo
nie oczekuj ode mnie już więcej niczego





7/03/2023

Zrozum, siądź i zrób

Przeczytaj coś, nic nie będę czytać
Rzucił ktoś, ktoś inny zapytał
Dobrze, powiedział, dobrze
Znam ten schemat
Nie zna nas ten kto nie zszedł do podziemia
Oplata ciepłem, w dłonie lekko grzeje
Powoli nas zrozum, powoli, nas, nie jest nasz
Nie należysz do tego świata, 
Nie należysz do niego wcale
Nie należysz do chamstwa
Nie należysz do mnie, ale
Nie zmieniaj sensu słów 
Nie rozkładaj na czynniki zdania
Zrozum, siądź i zrób,
Coś do czytania
Wyzięb się, ochłoń, złap zimny prąd w żagle
Zgrzej się, odetchnij, powtórz i nalej,
Nie znaj tych ludzi, nie ufaj nikomu
Nie dzwoni nikt, więc odbierać komu,
Zrozumcie mój tekst, zrozumcie go, proszę
Nie chciał być złym, ale ja go nie przeproszę,

Nie wiem czemu tak trudno jest się poczuć wielkim,
Nie wiem czemu tak łatwo jest się, skurczyć jak w zimnie,
Nie chwytasz, łapiesz?
W mig jak kolibra skrzydło,
Tak, prosto, mi migło, jak za oknem, już zbrzydło.
Przelatują swobodnie myśli, a się nie czuję jak w domu,
Patrzysz jak patrzę, unikasz wzroku,
W obłoków zimnie, w kominka mroku
W rozlanym piwie, szukasz pocieszenia, 
zapłać mi za rozum, nie, to nie proste, rzuć od niechcenia

Nie widzisz nic, co z prawdą by się minęło,
Nie słyszysz nic, co by sumienie Twe objęło,
Nie odmawiasz, nie błądzisz, nie szukasz mnie,
Nie znaczysz już nic, każdy dziad to wie,
Nie zobaczysz już, na twarzy mej smutku,
Nie usłyszysz jak się cieszę, nie zrozumiesz,
Do skutku

7/01/2023

Rubinowy Poranek.

Nie pamiętam jak to się zaczęło. Jeśli miałbym zapamiętać parę chwil.
To było dla mnie ważne, jak wcześniej nigdy nic.
Nie pamiętam w życiu. Wszystko jakby mi umknęło. Kilka dni. 

Nieznaczących nic. Kilka smaków, rzeczy, usta parzących.
Zapachów słodkich.
W pamięci tkwiących. Łez słonych, od wspomnień gorzkich. 

Wszystkich dni, gdy mnie zabrakło,
wspomnienie zdziera z oczu błysk. 
Sen na jawie, chłodny brzask. Ciemna chmura, zimny blask. 

Kolejny krok, na trawie, zmrożonej tak, że słychać trzask. 
Zimnych dłoni pocieranie,
Wskrzeszenie, dym z papierosa, myśl o kawie. 

Swąd poranka, nieuchronność dnia, czas końca.
Krwawy brzask. 


Nóż, który teraz trzymam w dłoni jest mokry i śliski od krwi. Rana, którą mam pod żebrem broczy gęstą purpurą. Szkarłatna ścieżka prowadzi w dół. Przyspieszam z każdym ruchem, bezradnie próbuję schwycić stróżkę w ręce. Złamana kość, przesuwa się z góry na dół, z dołu, na górę, jej trzask tłumi skutecznie strumień racjonalnych myśli. Dekoncentruje mnie przeszywa bólem. Wszystkie zagmatwane rozwiązania. Jak migawki z taniej sensacji, rozbijają się o teraźniejszość. Wąska, biała rysa nadziei, na czarnym scenariuszu "tu i teraz". Wpisałem się nieskrępowanie w nadchodzącą porażkę. Uległość życia, nad triumfującą śmiercią. Nieubłagalny koniec. Pozbawiający nadziei. Żeliwny fragment, jak firmament na boskiej statule, ukłutej prawdą. Martwą, zimną, tak bardzo prawdziwą, zbrudzony lepką i czerwoną esencją życia, pokrywającą szczelnie dłonie i ubranie. Wszystkie dni, widzę w jednej chwili. Skok przez życie i koniec. Mącący potok wspomnień, zakłócony spokój ducha. Moja wyobraźnia nigdy nie podróżowała tak daleko, jak dziś, gdy wszystko co realne, okazało się fikcją. Rzeczywistość zabrała mnie najdalej. Chłód, niczym fala, przykrywa wątpliwości, które mam, by przez moment, trzymać się z dala od tego miejsca, tej chwili. Śmierć. 

6/30/2023

[fire_emoji]

 

nazywam się ogniem // nie czekali, aż się sparzę i

chyba zawiodłem // nikogo nie zastałem

nazywam się ogniem // znów tylko marznę

swój płomień oddałem // traktuj mnie poważnie

nazywam się ogniem // wciąż Ci umykam

prometeusz w maratonie // aż wszystko spłonie bo 

nazywam się ogniem // tańczę, taniec płomyka

ten trzask, to ma muzyka





6/28/2023

19052022

Odbywając zrozumiałą, dla wielu konieczną, przebieżkę, w kolorze blue, odnalazłem na podeszwie swojego liścia but. Zrozum zaskoczenie, roztropnie sięgając i czując ciężar, jak brzemię, nie chcąc go nieść, tak ręką, zdejmując, zauważyłem też kamień w dłoń go ujmując. Leżący u mych stóp relikt przeszłości, zaklętą w nim przeszłość i przyszłość, mieszkającą w nim tą miłość, czy lęk
Okruch ducha. Przemówił do mnie głosem odległym jak dno ze studni i równie głębokim. "Zdejm tego liścia" - "Przecież zdejmuję" - odparłem. "No i bardzo, kurwa, dobrze". W ten sam moment, gdy liść owy, z ręki, co go spod podeszwy miała wyjąć, wyściubił ogonek, i kręcąc nim swobodnie, zaczął opadać, by w podłoże się wtulić, tak tym samym ruchem, okrężnym, wrył się w ziemię i znalazł się na mej głowie. Kamień znów przemówił, głosem siarczystym, męskim, głębokim, jakby wyjętym z głębin czasu i przestrzeni.

"Głoś. Noś. Ć. "

Wrodzony lęk
Okrutny śmiech
Przeszywający strach
Związany w snach
Czy bliski 
Jak wiosny smak

Okrutne słońce
Ciało gorące
Przytula wiosnę
Zwiastuje krach
Czy rozum masz?
Jesienny wiatr.


6/27/2023

Minęło 13 lat

Moje Oczy
Twoje Oczy
Oczy jej
Wietrze zmian 
Wietrze Wiej

Moje Oczy w Twoje oczy
Twoje Oczy w oczy Jej
Jej Oczy w moje oczy
Patrzmy na siebie
Nie chcąc nic przeoczyć

6/26/2023

Epitafium dla końca świata

Lecąc nad miastem ciekawskim okiem spoglądam w dół
Gdzie wszyscy zmartwieni, styrani jak mół
Jak mrówki biegają w kółko, myśląc co jutro
A co jeśli sprawię, że nagle wybuchną?

Zwiedzając wnętrze przejrzystych obłoków
Bez zaangażowania, bez żadnych kłopotów
Bez Ciebie, bezemnie, bez wszystkich nas
Jak będziesz wyglądać, gdy zniknie świat?

Zbierając gwiazdy, tnąc cząstki księżyca
Patrząc nad morzem na słońca odbicie
Marnując znów chwile, by zrobić móc coś
Strzelam tym do Was prosto w Wasz wzrok

I niech Wam oczy wypłyną jak morze czerwone
Głowy się toczą pod krwawy proporzec
Serce w mej ręce wybija rytm
a Ty po mej śmierci zajmiesz się czym?

6/25/2023

Kiedyś

 "Po co mi Bóg"

Po co mi Bóg, gdy patrząc w ekran widzę,
że chodzenie po wodzie to nic niezwykłego
zwykły człowiek dokonał tego
i nauką wtłaczaną od dziecka odpowiedź
znajduję w sobie nie w manuskryptach
w spiżowych kryptach
i gdy człowiek twór na podobieństwo ideału
po wodzie szedł w stronę przypału
a potem zniszczył ten twór na podobieństwo raju
zniszczył
zgwałcił
ograbił
Po co mi Bóg, który ma to w dupie?

6/24/2023

Freud też był brodaczem, tak jak Schopenhauer, a ja nie zdałem Matury

Słońce zachodząc za horyzont ostatnim promieniem ubarwiało niebo. Gdyby Bóg patrzył z drugiej strony na ten sam krajobraz, mógłby przypominać okładkę Dark Side Of The Moon. Jednak nie patrzył. Poza tym, miałby ciemno, słońce by nie świeciło, a niebo byłoby bezbarwne, więc po dłuższym zastanowieniu uważam ten koncept za idiotyczny. W każdym razie: Bóg nie patrzył. Nie mam wątpliwości. Gdy kartonowy filterek przepuszczał zbyt dużą ilość ciepła do ust, zgasiłem skręta. Patrząc jeszcze przez chwilę na pokolorowana niebo, by jak najlepiej zapamiętać ten obraz w swojej głowie, wpadłem w odrobinę melancholijny nastrój. Mój mózg uwielbia się rozczulać w kontakcie z takim estetycznym doznaniem, jakie miałem przed oczami. Wyświetlone. Pojawiła się strzyga. Bynajmniej nie taka wyjęta z Sapkowskiego, moja, własna, piękna, będąca bestią. Monika. Nie widziałem jej już dobrych parę lat, mimo, że jej obraz nadal pozostawał w mojej głowie zbyt wyraźny.  Zaraz po liceum, ambitnie, jak przystało na wszystkich utalentowanych absolwentów, wyjechała w poszukiwaniu miejsca na wdrożenie planu, który miała rozpisany i dopracowany do ostatniej kropki. Opracowany jeszcze w podstawówce. Tak mi się wydaje, bo za każdym razem jak mi o tym mówiła, miałem nieodparte wrażenie, że z tym przeznaczeniem się urodziła. Miała to wszystko zaplanowane w najmniejszych szczegółach. Doskonale wiedziała co będzie robić każdego dnia, o określonej porze, w każdej minucie. Każde przeoczenie doprowadzało ją do szału. Walił się świat, cały porządek świata rozsypywał się w drobny mak, gdy tylko coś jej nie wyszło. No i nie zdałem matury. Od początku wiedziałem, że tak będzie. Dla mnie to głupi papier, kawałek makulatury. Dla niej to było jak koniec świata, bo wiedziała, gdzie ma być i kiedy. Wiedziała też z kim. Gdy mówili trzeba go mieć, byłem pewien, że nie mają racji. A Monika wiedziała, jak psuje jej to plan na przyszłość. Nie patrząc za siebie, przed wyjazdem powiedziała tylko, że ma nadzieję, że jeszcze kiedyś uda nam się spotkać. Rzeczywiście pojawiła się w przyszłości, odwiedzała rodzinę, odebrać czek na życie, , poodprowadzać wzrokiem stare, przesiąknięte wspomnieniami miejsca i powdychać małomiasteczkowe świeże powietrze. Udało nam się nawet minąć kilka razy na przejściu dla pieszych, czy schodach, czy gdy ja gdzieś wychodziłem, a ona wchodziła. Ułamki sekund, wymiana spojrzeń, niepewne cześć wyszeptane pod nosem. Za każdym razem widziałem, lub wyobrażałem sobie iskrę w jej oku, błysk, ożywające wspomnienie. Pewnie nie umiałem tego ukryć i moja twarz przypominała pysk zbitego psa. Może dlatego była smutna, lub patrzyła ze współczuciem, jak bardzo nie mogę sobie poradzić z tym, że odeszła. Od wyjazdu nie spotykaliśmy się. Gasząc kolejnego skręta wcale sobie nie pomogłem. A to wspaniałe pastelowe niebo uświadomiło mi, jak bardzo potrzebuję tej kobiety. Że to ona jest moim przeznaczeniem. To ona organizowała mi dzień, mogłem zawsze i ze wszystkim do niej przyjść, była najpiękniejszą i najbardziej ogarniętą z kobiet, a wiem co mówię. Bo pewnie znalazłbym piękniejszą od niej i nie znalazłbym się tutaj i nie zatapiałbym się w myślach o zmarnowanej szansie. Zmarnowanej? Może nie, może ten błysk w oku, może to spojrzenie, ciekawe, czy by się ucieszyła, może posprzątałbym swoje życie i coś poukładał. Może biegnąc na przystanek by sprawdzić rozkład jazdy bym się rozejrzał i nie wbił się w maskę czarnego audi. Na pewno nie wylądowałbym na tej plaży racząc się tym zachodem słońca. I kolejnymi skrętami. Bez niej. 

6/22/2023

Marlboro Man i ścieżka nieprawości.

 Marlboro Man wrócił na ścieżkę nieprawości. Suchość w ustach  tylko utrudniała mu myślenie. Dzień zatapiał się w mroku, a brzask był niczym rozbłysk najbliższej z gwiazd. Spojrzał na swoje zniekształcone odbicie w krzywym zwierciadle. Czy to możliwe, że tak szybko się starzał? Aksamitna strużka dymu oplotła mu wąs, gdy zaciągał się papierosem. Nienawidził tego. Prawdopodobnie tak samo jak siebie, ale jego preferencje dotyczące uzależnień były jego najmniejszym problemem. Zlecenie, które miał jutro zakończyć, wymagało wcześniejszego przygotowania. Nie miał jednak najmniejszej ochoty by cokolwiek w stronę powodzenia misji wykonać. Zapadł się bezładnie w fotelu by kontynuować, tak mało wymagające, a zajmujące jak nic innego zajęcie. Wiedział, że może zawieść. Wiedział, że może popełnić błąd. Lecz jego pewność siebie skutecznie oddalała świadomość takiego rozwoju wydarzeń. Kwiaty, które miał na stole już dawno wyschły. Pokruszone płatki przesypał na talerz i wymieszał z tytoniem. Odpalił. Papierosowy aromat przydusił go. Jego usta zalała powódź goryczy. Wypuścił chmurę wonnego dymu, po czym zaciągnął się jeszcze raz. Uwielbiał to. Jego zagmatwana głowa ogarnięta błogim spokojem podsunęła mu gotowe rozwiązanie. Pomysł na sukces. Czuł się jak kucharz knorr, który odkrył sposób na zamknięcie piersi kurczaka w proszku. Włączył telewizor. Po przeszukaniu kilku programów zatrzymał się by obejrzeć fakty. Strumień złych wiadomości zalewał mu głowę. Gdy zbrzydł mu jad sączący się z ust krzyczących polityków, a jego wulgaryzmy były nieskuteczne, wobec tego co słyszał, wyłączył to pudło. Podszedł do regału i wyjął zwierzęcy album Pink Floyd. Umieścił krążek w odtwarzaczu i wdusił play. Delikatne dźwięki oderwały go od ziemi i lekko odfrunął z fotela by znów się w niego zapaść bez pamięci. Nawet nie zauważył jak pokój zniknął mu z oczu. Obudził się w barze, w którym jutro miał odegrać główną rolę. Docenił umiejętności swego prywatnego botanika. Rekonesans, to słowo zabłysnęło w jego głowie jako poprawna odpowiedź. Mimo, że było jasno, nie do końca miał pewność jaka jest pora dnia. Przed wejściem do środka postanowił zapalić. Gdy firmowy emblemat zapłonął, a filtr zaczął parzyć, strzelił kiepem i dynamicznie wpadł do środka. Były tam może dwie osoby. Drugiej osoby domyślił się po torebce wiszącej na oparciu krzesła. Na wprost siedzącej przy oknie kobiety. Chyba, że to była jej torebka. Zaniepokoiło go jej spojrzenie, którym obserwowała każdy jego ruch w sposób przebiegły i inwigilujący, że wymyślił już czternaście sposobów, jak w razie dalszej obserwacji, po cichu wyeliminować płomień życia w jej oczach. Wszedł w głąb mijając kobietę, która wbiła wzrok w filiżankę. Wybrał miejsce w cieniu, ukryte przed ewentualnym wścibskim wzrokiem. Kelner nie podszedł, ale on nie miał tego nikomu za złe. Przemknął bokiem i poszedł obsługiwać kobietę. Marlboro siedział tak dłuższą chwilę badając każdy fragment powierzchni lokalu. Drzwi otworzyły się z hukiem. Wpadający dynamicznie człowiek trafił prosto w kelnera. Marlboro ujrzał jego plecy, po czym zauważył, jak ten wpadł do pieszczenia znajdującego się po drugiej stronie sali. Marlboro ruszył za nim, wchodzi, a w kabinie toaletowej ładunek wybuchowy. Marlboro próbuje uciec, nie udaje mu się. Płomienie oplatają jego ciało, czuje jak bąble wyrastają na powierzchni jego ciała. Próbuje zawyć z bólu, ale nie może. Jego niemy krzyk łączy się z dźwiękami telewizora. Prowadząca wiadomości kobieta żegna się z widzami. Marlboro próbuje uspokoić swój oddech. Próbuje ogarnąć co się stało. Doznał olśnienia. Wszystko co myślał o jutrze przestało mieć znaczenie. Uśmiech rozkwitł na jego twarzy. W oczach pojawił się ogień. Wiedział już. Zabije ich wszystkich. Wysadzi w powietrze. Obróci się w proch. Odpalił papierosa i wstał zastanawiając się gdzie ukrył plastik, pamiątkę z Afganistanu. 

Senny Dzień W Niebie

Stojąc pod zakładem pogrzebowym, wtulony w witrynę nabiłem kolejny raz szklaną fajkę puchowym, zielonym kwiatuszkiem. Autentycznie, to nie jest jakaś fikcja literacka, żebym ściemniał, że wcale tak nie było i fajnie to brzmi, kozacko, jak wstęp do nowej wersji "Palacza Zwłok" Juraja Herza, albo próba literacka godna Ladislava Fuksa, czy soft wersja "Gorączki w parku igieł", zwanej czulej w polskim tłumaczeniu i kojarzonej z twarzą Ala Pacino - "Narkomani". Nie mówię też, że to otwarty czynny zakład pogrzebowy, typu - Hades - usługi pogrzebowe i jakaś chora "zabawa w pochowanego". Wielkie logo na szyldzie typu przaśnego, głośne i wystawne grzebanie, gdzie pochówek będzie z przytupem. Nie, bardziej szklana witryna, do której odbicia starannie przylgnąłem plecami, kilka urn i aniołków, na szkle parę wlepek lokalnych grup kibicowskich, w środku trumny, a całość jakby wklejona w starą kamienicę. Normalny krajobraz, normalna sytuacja. Jak przedszkolak przed przejściem dla pieszych, patrzę w lewo, potem w prawo, potem znów w lewo, nikt nie idzie, więc nabijam działo i lecę, strzelam słodkim, gryzącym dymem w płuca. Oczy, teraz przymknięte lekko, zmieniają kolor, źrenice, wielkość. Suchość w ustach, głupi, wypisany wielkimi literami wyraz twarzy pozbawiony refleksji i to znajome, dziwne uczucie idiotycznej, nieskrępowanej i bezpodstawnej radości i niepokoju, że ktoś mnie przyłapie. Niepokoju, złowrogiego, nieznanego pochodzenia. No i stoję tak zjarany zastanawiając się, czy zmieszczę się w urnę i czy mój głos kiedyś będzie ważny, czekam. Nie czekałem na znak z nieba, bardziej na kolegę, który mieszka w kamienicy. "Czekaj tu" - powiedział, a ja wierząc w to jego "zaraz będę", czekając cierpliwie, nie ruszałem się z miejsca. Młoda kobieta, młoda mama, z córką prowadzoną za rękę. Obie schodzą z rynku, w moim kierunku, a co bardziej prawdopodobne w stronę domu, bo w prawej ręce torba z zakupami, a w lewej dłoń, wciśnięta, drobna, dziecięca rączka, symbol i gwarancja bezpieczeństwa. Pora była wczesna, bardziej popołudnie, niż wieczór, tempo kroków niespieszne, na pewno po czwartej dwadzieścia, a nawet już piąta. Może zwróciłbym większą uwagę, może powiedziałby mi coś więcej ten obrazek, tak jak teraz, gdy o tym myślę, ale wiadomo, nic nadzwyczajnego, matka z dzieckiem. Mijając mnie, dziewczynka wychyliła się zza mamy, nadal kurczowo trzymając ją za rękę i patrząc na mnie. Wychyliła się zza jej sukienki jak zza kotary i powiedziała na głos, bez żadnych ogródek, mając niewzruszoną dorosłą kobietę u swego boku, która szła dalej z kamiennym wyrazem twarzy, nie słysząc tych słów, wypowiadanych przez towarzyszące jej dziecko: "Ty się już nigdy nie zmienisz". Na głos. Do mnie, bo nikogo innego w odległości kilku, kilkunastu metrów od miejsca tego niecodziennego zdarzenia nie było. Poszły dalej, a ja, oparty o marmurowy parapet, plecami do zakładu pogrzebowego, za którego szklaną witryną stoi kilka urn i aniołków, na szkle parę wlepek lokalnych grup kibicowskich, w środku trumny, a całość jakby wklejona w starą kamienicę. Patrzyłem potem jeszcze chwilę, gdzieś tam, przed siebie, myśląc nad tym co przed chwilą miało miejsce i czyja twarz miała do mnie o to pretensje. 

W sklepie RTV i AGD spotkałem Janis Joplin. Choć brzmi to nieprawdopodobnie, musisz mi zaufać. Nie zmyślam, nie ubarwiam tej opowieści, nie spotkałem tam kogoś innego. Janis Joplin, we własnej osobie, choć nie martwa, a młoda, bardzo młoda, to na pewno była ona. Robiąca zakupy, w biały dzień, w środku tygodnia. Zaskoczyła mnie, bo jak tu nie być zaskoczonym. Jej obecność była przytłaczająca. Wierzysz w duchy? Bo jeśli nie, to masz tak jak ja. Dlatego nie uważam, że spotkałem ducha, choć duchem, potężnym duchem, wyczuwalnym w każdym momencie również była obecna. Jak zaklęta w ciele małej dziewczynki, w prostej, sukience, której zwyczajność idealnie łączyła się z jej prostą, zwyczajną twarzą. Pozbawioną makijażu, pozbawioną współczesnych standardów urody, pozbawioną blichtru i blasku. Zwyczajna, wiejska dziewczynka, której trud pracy, prostota życia i szacunek do wszystkich stworzeń wypisany był na twarzy, naznaczony twardymi rysami charakteru. Wybierała suszarkę do włosów. Gęstych, lekko przesuszonych, ogromnych, jakby nadmuchanych włosów. Słomianych, prawdziwych, rozwianych w przestrzeni nawet bez wiatru. Nastroszonych, jakby czesanych prądem. Naturalnie nieładnych. Tego samego dnia ktoś doprowadził mnie do łez.

Późną nocą, a właściwie nad ranem, wracałem pociągiem, który odwoził mnie do pracy, z koncertu, szaleńczo, z nocy w sam dnia początek. Między jawą a snem, zmęczony bardziej niż nietrzeźwy. W miejscu, gdzie myśli odbijają się wewnątrz czaszki równomiernym stukotem, jak pędzącego pociągu wagony ocierające się o siebie, na jednym z ostatnich przystanków, wsiadła dziewczyna. Przypominała moją miłość. Tylko trochę, bo jej mundur i żołnierski plecak zmieniał odrobinę wrażenie. Widuję ją częściej w krótkich, cekinowych sukienkach, krótkich spódnicach odsłaniających jej długie nogi, topach odsłaniających jej piękne wklęsłe barki i spoglądam w jej piękne, ogromne leszczynowe oczy. Oczy były na swoim miejscu. Leżałem na obu fotelach, kurczowo ściskając zimny napój, który kilka godzin wcześniej był jeszcze ciepłą kawą, w papierowym kubku, mając nadzieję, że spoglądam na nią, a ona jak zwykle mnie nie zauważy, jak po drugiej stronie szklanego ekranu. Wysiadła dwa przystanki dalej. 

Na przystanku autobusowym spotkałem Ciebie.
Minąłem Cię, jak przejeżdżający autobus. Zaplątany niewolnik Ariadny. 
Wróciłem do pracy.

12/30/2020

Stary Renault


" Usiądź ze mną na ławce, tak jak kiedyś, pamiętasz?Czas uciekał przez palce na ławkach i półpiętrach 
Pijane plany jak okraść świat, i tak wygramy, bo kto gra tak, Wygramy? (...) "
  
Pierwsze promienie porannego słońca oświetliły ścianę starego bloku. Krzywe i nie do końca zasłonięte żaluzje pozwoliły im wpłynąć do pokoju. Drobiny kurzu unoszące się w powietrzu, ukazują gęstą atmosferę pomieszczenia. Blask promieniujący z poranka zaczął drażnić zmęczoną twarz, porośniętą zmarszczkami. Grymas nienawiści nawiedził nagryzione czasem lico. Otwarcie oczu nadeszło ostatnie, tak jakby powitanie kolejnego dnia, nie miało najmniejszego sensu. W swym absurdalnym poczuciu kalendarzowego obowiązku, brak humoru powitał w lustrze twarz nieuprzejmą i wrogą. Jak każdy z resztą. Zrzucając z siebie stary zatęchły koc, który swym ciężarem i ciepłem trzymał resztki sił przy łóżku, po czym przewrócił kilka odstawionych niedbale starych puszek, by wstać i ruszyć żwawo w nadchodzący dzień. Wychłodzony pokój sprawił, że na jego skórze pojawiła się gęsia skórka, a ciałem wstrząsnął dreszcz. Wstał szybko i rozciągnął zmęczone kości. Kilka przysiadów i skłonów, znów tchnęło w niego chęci do życia. Założył sprany i zniszczony podkoszulek, łatane w kilku miejscach spodnie i wygodne drewniane chodaki. Przed wyjściem zajrzał do lodówki. Wracając wieczorem kupi czteropak, teraz, zabierając ostatni pełny browar w puszce, myśli kilka ruchów w przód. Zastanawia się, czy to na pewno wystarczy, by zagryźć skutecznie kolejny suchy dzień. "Nawet jeśli nie" - pomyślał i zatrzasnął za sobą drzwi wejściowe. Powolnym krokiem, ale pewnie jak zwykle, ruszył pod pobliską górkę, skąpaną w cieniu i otoczoną ponurą szarością betonowych płyt podtrzymujących zwyczajne życia swoich mieszkańców. Usiadł na najwyższej z ławek by przez kolejny dzień spoglądać na pędzące w nieznane mu miejsce, ludzkie zoo, z którego już dawno wziął wolne. Perfekcyjne mrowisko pełne nieznanych robotnic, bez czasu na krótką refleksję, którą będzie się upajał do końca dnia. Tak wytrawnie myślał, smakując chmielowy napój, w blasku słońca.

Obudziłem się jak zwykle bez budzika. Niektórzy mogą śmigać całymi nocami, szorując spranymi trampkami miejskie chodniki, bez celu buszując w miejskiej dżungli. Trudno tak być, gdy budzisz się bez problemu, z pierwszymi promieniami słońca i zmęczony dniem nie jesteś w stanie stawić czoła nocy. Od zawsze. Wcale nie dziwne, chyba, że nazywasz się... inaczej.  Wypadałoby być nocnym zwierzęciem choćby ze względu na to. Zwierzęciem nocy.  Niestety, nie w tym życiu. Szybki prysznic i błyskawiczne śniadanie, żeby nie minąć się z rodzicami w drzwiach, kiedy będą wracać z nocki. Czasem jak dobrze pójdzie nie widuję ich przez tydzień. Mam wtedy wolną głowę, czas wolny. Wolny od uwag, porad i ciągnącego się echem zrzędzenia. Wychodzę. Zazwyczaj prawie biegnę, spieszę się, jestem młody, więc muszę, bo jeszcze mogę. Być gdzieś. Obecnym. Znów w to samo miejsce. Jak zwykle o czasie. Dobiegłem. Przyszedłem. Jestem. 

Usiądź ze mną na ławce, weź odetchnij chwilę Zostaw te problemy w tyle
Usiądź ze mną na ławce, to życie takie dorosłe Weź oddech, wszystko staje się prostsze"
Reno - Na ławce. 

12/21/2020

trzydziesty promień słońca

"Nie widzę Cię, gdy się budzę." Tak brzmiał sms, który wyrwał mnie ze snu. Nadszedł z samego rana. Otworzył oczy. Nagle urwał cząstkę mięśnia, serca. To wszystko trwa zdecydowanie za długo. Bolesny skutek potwornej tęsknoty, obecny jak wiertło w potylicy. Otwierasz oczy i ból. Przeszywające zimno. Zmrożony sztylet, prosto w sercu. Istnienie w XXI wieku. Schizofrenia paranoidalna. Budzisz się i sięgasz odruchowo po telefon. Potem dopiero dochodzi do Ciebie, że może to pomyłka, że budzik. Budzik brzmi inaczej. Po tej niszczącej chwili, emocjonalnej podróży, przechadzce po tajemnicach, o których nie mówisz nawet swojej kochance, okazuje się że to jej wiadomość. Dla niej. Nagle wszyscy mają smartfony i to po prostu nie był sms kierowany do Ciebie. Wszystkie telefony są podobne. Czytasz go, z niego. Z takim porankiem to dzień jest już spisany na straty. Zaraz odszczekuję, teraz tylko retorycznie, gdy tylko otworzy oczy. Zaraz, żeby nie czuła się lepiej w tak skurwiały poranek, że wychodzę, muszę, spieszę się. Gotowy na poranne szczanie bulterier warczy i pogania przy drzwiach, mam motyw, wychodzę. Zaraz. Czas liczy sekundy, słowa cedzę przez zęby, czyli pod nosem, żeby wyszła, zabierała swoje bagaże, czy ciuchy i swój tyłeczek, czyli dupę. Do narzeczonego, bo czeka, a jej się urlop i wyjazd służbowy właśnie skończył. Musi wracać, musimy to skończyć, się musi hajtać, ja huśtać, bo jak go znowu dla mnie zostawi to skończy się moja cierpliwość, schodzić, rozchodzić, wracać, buzi i pa, żegnam. Nie będę się dzielił depresją, nie starcza jej dla nas, sam dla siebie jej mam, ledwo starcza. Się muszę uporać z obowiązkami. Się ustatkować muszę, się musisz mała, nie pierdol, że nie. Potrzebne Ci to, mi wcale, ja sobie radzę. Oświadczył jej się jakieś kilka miesięcy temu i to nie tak, że odbiłem mu narzeczoną, bo pukaliśmy do sąsiadów zza ściany dużo wcześniej, zanim się jeszcze poznali. W sumie można rzec, że poznał mnie z nią, przedstawił i gdy niezręczność minęła nam całkowicie, to ja po ich pierwszej randce konsumowałem ten tzw. związek. Relację. W każdym razie to cudowny koleś, uwierzcie mi, bo jak facet tak o facecie mówi, a jego narzeczona to potwierdza, to musi tak być. Tylko w pewnych rzeczach jestem lepszy od niego i ona sobie z tym rozdwojeniem ideału poradzić nie może. Ma mnie za chama i prostaka, gbura, jestem niemiły i wredny. Nie umie się nawet w połowie do takiego przywiązać, ale zwierzęcy magnetyzm i małpie figle nie wychodzą jej z głowy nawet z pierścionkiem na ręku. W jej objęciach też czuję się jak szyba, okno przez które wygląda i widzi całego mnie, a ten diament z jej palca od czasu do czasu też tnie moje plecy w duecie z paznokciami, tylko też trochę emocjonalnie, jak szkoło. 
To musi być koniec. Nie może być tak, że on tu pisze, pretensje jakieś. Szkoda, że nie możesz zobaczyć tego moimi oczami. Gdy wszystko co znane i nieznane znika w dusznym i nieprzyjemnym środowisku. Pozostali dzielący z Tobą gatunek osobnicy mutują w niezrozumiałym dla mnie kierunku, ewolują. W tym samym kierunku jeżdżą, ale zmierzają gdzie indziej. W tym samym kierunku żyją, ale funkcjonują jakby inaczej. W ten sam sposób umierają, ale jakoś, jeszcze nie teraz. Ilość informacji na temat kolejnego, masowego rozdania nagród Darwina przyprawia normalnego człowieka o ból głowy. Wprawia w szok, no bo jak. Stawia pytanie: czy jestem aż tak głupi, żeby nie zdobyć tej nagrody? Czy to koniec gatunku ludzkiego. Prosimy się o ten koniec, czy w beznadziei codziennej egzystencji sami tak mocno go pragniemy, że nie widzimy, jak z każdą godziną nieuchronnie się zbliża. Płycizna intelektualna stała się normą. Brodzę w niej. Ta gęsta breja, sięga mi po kostki. Sam się czuję jakbym się oblepiał, od tych kostek po kolana i tonął w tym samotny i głupiejący. Ropiejący decyzjami, wyborami, głupotami, błędami, stratami, zyskami, pyrrusowymi zwycięstwami i gorzkimi porażkami. Ty moją stratą, jego zwycięstwem, naszym remisem. Wyjdzie na dobre nam, choć tyle. Jak tylko stąd wyjdzie. Tylko i aż. Wychodzę. Z wyrzutów sumienia. Ciążących grzechów. Pięknych chwil zniszczonych Twoją nieobecnością. Pięknych chwil Twojego nowego życia. Pewnie ten szarmancki mężczyzna - pewny siebie, wyjątkowy, zadbany, przystojny nad wyraz i spokojny, ułożony jak mankiet jego lśniącej jedwabnej, skrojonej przez krawca koszuli - daję sobie rękę uciąć, że tak samo jak tamtego ranka, tak tego, gdy nakrył swoją byłą w zajętym pokoju, tak  dziś też, nie budziła się sama. Teraz tak jak ona, tak i Ty złamałaś o coś serce. Ty zapisałaś w jego telefonie mój numer pod imieniem jego ex, by za każdym razem gdy najdzie go pijacka ochota by napisać, nie będzie musiał się ośmieszać, Ty chcesz o tym wiedzieć i szkoda, że dowiesz się o tym leżąc w moim łóżku. Bo ja mu się nie dziwię, też tęsknię za swoją byłą, gdy moja przyszła była nie wraca na noc. Kolejny raz leżymy obok siebie. W jego błagalnym romantyzmie tylko on sam mógł się odnaleźć, tak jak ja zagubiłem się w moim. Nie dostał żadnej odpowiedzi, więc kolejny sms nie był już tak romantyczny "Nie bierz tego na poważnie. To koniec". W tym momencie wiedziałem, że odrobinę wytrzeźwiał. Leży sam w łóżku i bije się z myślami, czeka na Ciebie. Automatycznie zatęskniłem za papierosami. Nie Łódź się, nie było mi aż tak dobrze. Ten głód wyciągnął mnie z łóżka, choć nie palę już kilka miesięcy. Powód by wyjść ze swojego mieszkania, dla Twojego dobra. W końcu to dla Ciebie przestałem palić. Zaczynam znów, dla siebie.

12/12/2020

Stary/Młody Ja

 Nie pamiętam. Dziwne, że człowiek, kiedy tylko nauczy się pisać, nie jest skłonny do pisania. Nie czuje przymusu, obowiązku, dyscypliny w szczerym i konsekwentnym notowaniu swojego życia. Teraz to problem. Pamięta szczątki rzeczywistości, wymieszane z resztkami snów, jakieś bzdury. Tylko, że to nie są bzdury, bo potem siedzi sam ze sobą, głową pełną przeinaczeń i wspomnień z granicy jawy i sny, których nie jest w stanie odgrzebać, zweryfikować, sprawdzić. Jak byłem mały miałem drewnianego osiołka, struganego z drzewa. Wykonany z rzemieślniczą dbałością, kaleka, bo upadł mi, wypadł mi z rączek. Dokładnie taki sam jak w "Blade Runner 2049", przynajmniej tak pamiętam. Osiołka już dawno nie ma, w filmie jest kucyk, a pamięć płata figle. Wyglądał tak samo. Jak byłem mały, w szkole, wszyscy krzyczeli za mną "Potter". Miałem dużą okrągłą głowę, tak samo okrągłe okulary, a książki J.K. Rowling triumfowały na listach bestsellerów. Mam 30 lat. W dużym pokoju stoi obraz, potężna reprodukcja, pięknego obrazu, a film "Szczygieł" można obejrzeć w telewizji. Jak odróżnić fikcję, od rzeczywistości, albo czym jest fikcja, skoro taka jest rzeczywistość, w której detale grają główną rolę, a czerń, telewizyjnego lustra wymienia rzeczywistość na fikcję. Odtwarza fikcję znaną z rzeczywistości. Nie jesteś w stanie tego zweryfikować. Główny bohater "Szczygła" takiego problemu nie ma, choć ma kilka innych. Też jest "Potter", a obraz to jedyna pamiątka po śmierci mamy. Moja mama żyje, ma się dobrze. Choć pamiętam, że jak byłem mały, znalazłem w jej szafce pocztówkę, na której, przez spadające listki kwiatka ktoś wylicza: "She loves me, she loves me not". Treść tej pocztówki jest równie enigmatyczna, jak to, że wysłał mi ją K. W tej samej szafce, znalazłem dokumenty, które świadczą o tym, że jestem adoptowany. Zrobiłem z tego awanturę, ale nie jestem adoptowany. Znalazłem te dokumenty, jeśli teraz nie mogę ich znaleźć, czy nie znalazłem ich, bo nigdy ich nie było. Czasem myślę, że nie jestem sobą. Nigdy nie byłem. Życie przypomina symulację, przez którą symuluję jeszcze bardziej. Stymuluję się, ale to nie do końca pomaga. Czy to co widzę w czarnym telewizyjnym lustrze, to prawda, czy to co widzę, w lustrze, to prawda, jeśli czasem w obu, widzę to samo odbicie, z całkiem inną twarzą. Wychodzą z domu, gram swoją rolę, wracam, a potem oglądam to wieczorem, niczym podsumowanie, za które można otrzymać nagrodę, której nie można dostać. Czym jest aktorstwo, bo jeśli nie rzeczywistością, to kim jestem. Znają mnie z imienia i nazwiska, przezwiska i twarzy. Nie znam siebie z twarzy, a widzę swe przezwiska. Czy jestem bardziej "Potter", czy "Murzyn", choć jestem biały, odbicie mam czarne. Pracuję jak niewolnik, bo nigdy nic nie zarobiłem, wszystko przepuściłem, choć było niewiele, czy to styl życia, który nie służył mej starości. Czy moja miłość, choć Lilly, to czy jej mężem jest James. Bond? "Potter" diabła kumoter. Harry Angel'a. Wszystko mi się miesza, a jednocześnie, wraca siłą przeżytych wspomnień. Czy jeśli śnię intensywnie, a potem przeżywam ten sen na jawie, to znaczy, że jesteś elektryczną owcą, Harry? Masz wgrane emocje, substytut bycia człowiekiem to Twoja rzeczywistość, czy jesteś bardziej ludzki od ludzi. Nadeszły zmiany, nie znaczne, to jak przestawienie latarni na środek drogi, kosmetyka, bzdura, której nikt już nie uwierzy. Jeśli jesteś modelką, a Twój fotograf kręci filmy, to czy znasz swoje miejsce, gdy nadejdzie jutro. Jeśli nie było krwi na betonie, czy przyśnił mi się ten Knockout, gram "Króla", czy jestem Harry. Mam wryte w pamięć teksty piosenek, znam je na pamięć, czy moja pamięć je zna. Zaśpiewałem to, czy tylko napisałem. Pisałem teksty, scenariusze, coś zrobiłem, już, czy zrobić muszę. Koszmar nabiera rozmiarów, jestem mikro kolosem, którego zdepta jakaś zagubiona dusza. Pamiętaj śnieg, bo nigdy już go nie zobaczysz. Chłód, nadejdzie, ale poczujesz go w lecie, na swym zwichniętym karku, gdy żebra zaczną znów wskakiwać na nieswoje miejsce. Wspominam często, moje smutne, pełne robotycznych emocji, sztucznego przywiązania, mocnych wrażeń, związki. Czuję, jakby mi zaszkodziły, jakbym ich nie miał prawa przeżyć, choć stanęły na mojej drodze. Pozostała po nich ból i wspomnień klątwa. Zakochany bez pamięci, o sobie samym. Obywatel Kane powiedział kiedyś, pewne sławne, ostatnie słowa. Czasem się czuję jakbym miał umrzeć, bo ostatnie o czym pamiętam, to kwiatek. Choć to niemożliwe, bo zniknął mi jej obraz na własne życzenie. Sam tego chciałeś, a potem tylko słyszałeś echo tej decyzji, gdy chciałeś coś innego i teraz Ty usłyszałeś "Bardzo miło z Twojej strony", choć to była jakby bzdura wyśmianego komplementu. Czy to byłaś kiedyś Ty, czy to jestem teraz ja, skoro spotkałem Cię przed tym wszystkim, co doprowadziło do naszego spotkania. Gdy widzę Cię teraz, trochę rozumiem, skąd się wzięłaś i kim się stałaś. Szkoda, że nie rozumiałem lepiej siebie, by chcieć zrozumieć siebie. Zawsze chciałeś coś innego, ale "To bardzo miło z Twojej strony". Czy to byłaś wtedy Ty, czy ja jestem, kiedy? Choć do dziś pamiętam, jak lepienie śląskich klusek, pewnego wieczora uczyniło mnie szczęściarzem. Teraz wszyscy szepczą na Twitchu, jakby to był jakiś nowopowstały fetysz. Pamiętać wszystko, to brzemię, niewiedza jest błogosławieństwem, a wiedza przekleństwem. Gdy stanę przed lustrem i znów zobaczę tam Twoją Twarz, to znam siebie, Ciebie, Was, czy Wy znacie mnie, nie ja Was. Patrząc w telefon, mam wrażenie, że Was znam, a potem jestem sam, brak wiadomości, brak maili, telefonów, znajomych, a nawet przyjaciół. Brak. Zwyczajnie, nie zwyczajny. We własnym mniemaniu. Zmieniło się moje życie w jedną noc, z rzeczywistości w koszmar, a będzie tylko gorzej. Piekielne zimno, depcze mi po piętach, elektryczne ciepło, czy naturalny chłód, naturalne ciepło, czy elektryczny chłód? Odpowiedzi, na które nie ma pytań. Wątpię. Wyścig, w którym nie wiesz jak działa hamulec, a ktoś go wciska. Gdybym nie wyszedł z domu, nic nie powiedział komuś, czy w tym roku w kinach, byłaby "Diuna"? Czy skończyłby się teatr zagrożenia, niebezpieczeństwa, czyhającej śmierci. Gdyby nie dotyk, to Mac Miller by żył, tak jak inni, a ja, nie chodziłbym ze złamaną nogą? Łamiącą nogą. Bronią, wszczepioną, by zniszczyć to co znane tylko tym, którzy nie pamiętają, co było wcześniej. Na początku był haos. "Haos2", ukazał się 11.12.2020. Słowo, ciałem się stało "I" mieszkało, między nami. Idę po Ciebie Harry, zaśpiewał K. Harry. Nie broń się, opór nie ma sensu, tu musi być posłuszność. Jesteś zbyt dumny, by to dostrzeć, zbyt płytki, by móc się zanurzyć. Twoje sny to rzeczywistość. Znam Cię, a Ty nie znasz mnie. Narracja się nie zmienia, czas bohaterów mija, a jutro będzie jutro. Teraz jest zawsze teraz, wiesz, jeśli umiesz liczyć do "0". Król wrócił, long DIE the King. Kinga, to dziewczyna, której bluzkę chwyciłem w dwa palce, a w pękniętym czarnym lustrze, widzę jej zdjęcie, tak inne od tego co widziałem przed momentem. Jak to, co stało się nad schodami. Koło śmietnika. Nic się nie stało. Fikcja, fantazja, Sara i Anastazja. Dzieciństwo, dziury w pamięci, której nigdy nie było i strach, że mogę sobie przypomnieć, albo, że mogę się dowiedzieć. Tylko jeszcze nie wiem jak. Skepta, w dzieciństwie, dostał kulkę, trzymał ją w dłoni, nie wiedząc co z nią zrobić. Ma ją do dziś, trzyma ją schowaną w filarze swoich wspomnień, choć nie pamięta słów, ani tego co ma z nią zrobić. Nie wie, kto mu ją wręczył, dlaczego, ani co wtedy powiedział. Relikt z dzieciństwa. Potworny obraz. Siedzące pod trzepakiem, smutne dziecko, które dostało kulkę. It burns. Jak karta pamięci wrzucona w ognisko, ten dym nic nie znaczy, jak piosenka w szkole, że jesteśmy świat, jesteśmy komin. Świat, zza okna, to świat zza krat? Nie wychodź z domu, idź na boisko, Internet to nie wszystko. W domu jest bezpiecznie, dom jest tak blisko, kto by się spodziewał, że strach i śmierć, tak jak lwia część wypadków, odbywa się w domu, dzieje się, lub się nie dzieje. Jak zaskakująco dużo rzeczy na tym świecie. Czy można się w tym wszystkim odnaleźć, zalewających fal informacji, palonych neuronów, pobudzonych synapsów i zgwałconych wzrokiem chłopców, którzy zbyt wcześnie spojrzeli na nagie ciała modelek, które patrzyły na nich z obrazów. Tych ruchomych i nieruchomych. Zakochałem się zbyt wiele razy, na pewno o jeden raz zbyt dużo, a wściekła małpka z młotkiem upewnia się, że tego sproszkowanego kryształu, który z tego powstał nigdy już nie posklejasz. To nie jest żadna Tajemnica Segala, to nie jest jakiś serial, kopia Mrocznego Kryształu, który uwielbiasz z dzieciństwa i nadal się zastanawiasz, jakim odkurzaczem można wyssać ten cały proszek z nosów, tych, którzy już ten kryształ rozczłonkowali. Nie wiesz nic John, Snow, Show must go on. Nie znajdziesz już pracy, Twoja jedyna praca to fantazja, a jej skutki możesz oglądać, płacąc za nie tak samo jak każdy inny widz. Urwałeś mi od Internetu. Codziennie sprawdzam pogodę i żyję w strachu, bo nie znam się na schodach, nie jestem nauczycielem, by znać się na stopniach. Siedząc w ławce jesteś fanem, pisząc wypracowanie jesteś jak Stan, a potem schylaj czoło, gdy nas widzisz, czekaj na odpowiedź, odpowiedz, gdy zagadujemy, nie rozmawiać z nimi. Potem się może okazać, że ktoś chce Cię skazaććć. Lew. Lwie serce. Jeść nożem, czy widelcem. Wziąć w ręce? Sexret. Tajemnica Segali. Gdy byłem mały uczyłem się wierszy na pamięć, czy jak je recytowałem, to udział brałem w konkursie, czy możesz to znaleźć teraz w sieci, na youtube to leci, jak pytają to słuchasz B.I.G., czy TuPaca. Nie wiedzieliśmy nic, uwierz. Z tej samej płyty: Żywot Twoich starych, cały przed Tobą. Czy to Lilly, czy to James? Czy to proza, czy to wiersz. Życie, test. Play, or press. TinyDesk. Bo jest mały. Jak ten fortepian, który się powoli pali, jak sen, który miałeś Harry, że lecisz, a spadasz jak inne Ikary. Dedal, czy Deadall. Żywy, lub martwy, poszukiwany za sprawy, choć niewinny jak party. Zabawa, zabawa. Wielka Gra. Jak sądzisz? To pytasz, czy błądzisz? Nie jedz owsianki, bo będziesz swiecił w nocy, czy świecę, czy szukam pomocy. Pomożecie? Czy zdechniecie? Pomożemy? Czy zdechnie M. Gdzie jest M.? Harry. Atomowe zegary. Sami, czy pary. Dzieci, czy wiedzieć. Sny. Nawet, gdy są złe... Oddalamy Cię. 


Zobacz "Szczygła", pomyśl, że to ja. Harry, Brudny Harry, na którego krzyczą Potter, chłop ten, co nie zna się, nie umie, nie rozumie, nie pluje, nie poniża, nie bije i się nie zniża. Podnosi, zna trochę litości, trochę słów, które składa w bzdury, mówi gdzie, mówi który, mówi, jak movie, choć kino jest, życie, żył w przesycie, a My w fantazję nie... Wierzycie?

Przypomniała mi się przy płaszczu broszka, ministerstwo magii jest okupowane. 
To chyba zostało nagrane, przygotowane.

Nic. Amen.

12.12.2020

12+12=24*2=48

4+8=12.

12.2020

1/01/2020

dwudziesty dziewiąty promień śmierci

Czuję się jak rozmazane gówno na podeszwie boskiego sandała. Pech tak chciał. Sam Bóg zapracowany dziś jak nigdy pewnie śmiga gdzieś po mieście na desce w odjazdowych butach z łyżwą. Każdy szanujący się drwal z kołtuniastą brodą też takie ma, więc czemu nie. Założę się, że wszechmocny klnie nad tym ostatnim, popełnionym nieroztropnie krokiem. W wielkości swej stanowczo mógł go sobie oszczędzić. Nie wdepnąć, przynajmniej nie tutaj, nie w opuszczonej galerii handlowej, pozostałości po Sodomie i Gomorze. Siedziałem zmęczony na skórzanej pufie pod dyskontem odzieży ochronnej już od dobrej godziny. I dotarło to do mnie, gdy tylko podszedł. Podszedł by zgnieść mnie swym łyżwiastym butem.
Nasz samochód zsuwał się powoli w dół. Czułem jak tracimy przyczepność. Koła intensywnie obracały się w powietrzu, ale nie napotykały żadnego oporu. Nie było dla nas ratunku. Było już zdecydowanie za późno. Droga przechyliła się w prawą stronę, grawitacja ciągnęła nas w stronę samochodowego dachu, a okruszki stłuczonej szyby fruwają wokół niczym ostre jak brzytwa płatki śniegu na siarczystym mrozie, intensywnie raniąc policzki. Zamknąłem oczy. Po trzech kozłach i kilkunastometrowym locie samochód wreszcie zatrzymał się na obumarłym drzewie do góry kołami.
- Żyjesz? - zapytałem.
Odpowiedziała mi cisza. Sprana czerwona koszula kierowcy dostała teraz drugie życie nasiąkając z wolna krwią. Ciekawe czy ten intensywny kolor spodobałby się właścicielowi tak samo jak mi. Wyczołgałem się powoli przez boczne okno i chwyciłem pobliski konar. Niezgrabnie schodziłem w dół drzewa tak, by żadna ze spróchniałych gałęzi nie pękła pod moim ciężarem. Bagażnik musiał otworzyć się podczas uderzenia. Dwie skórzane walizki, gaśnica i reklamówka z brudnymi szmatami czekały na dole. Dobrze, że wybraliśmy ten zjazd, powinszować. To był doskonały pomysł. Czasem po prostu nie muszę się o nic martwić, jakiś - obecnie martwy - dureń, załatwi wszystko za mnie jeszcze za życia. Jak ten kierowca. Przynajmniej nie muszę sobie teraz brudzić sumienia, bo tak czy inaczej trzeba było się go pozbyć. Dobrze, że to już niedaleko.
Wyschnięta na wiór okolica przypominała westernową codzienność podległej Polski. Przesuszone drzewa, pozbawione zieleni krzaki, czepiające się spodni i wiatr wklejający piach prosto pod powieki. Pamiętam jeszcze, jak na kolorowych kliszach zieleniły się ulice Warszawy. Przed tym wszystkim, co jest od dawna jest nieważne. Zasłaniając się łokciem brnąłem w tę pustynię. Ruszyłem w kierunku, w którym mógłbym choć na chwilę złapać odpowiedni tok dalszej podróży. Odnaleźć schronienie, przetrwać. Opuszczona altanka na wyschniętej plaży wielkiego jeziora rzuciła się w oczy z oddali. Gdzieś, kilka kilometrów dalej majaczyła przeżarta zgnilizną woda. Choć równie dobrze mogą to być zaschnięte resztki wodnej fauny. Horyzont przeżartych rdzą chmur nie wróżył nic dobrego. Marsz w stronę schronienia trwał całą wieczność. Zmęczenie i obolałe ciało odmawiało posłuszeństwa. Kilkanaście dni w trasie, parę nieprzespanych nocy i wydłużające się niemiłosiernie parę kilometrów do ostoi wieczornego spoczynku. Miałem czas na przemyślenia. Szkoda, że nie było już nad czym myśleć. Tylko ciężar bagażu i odliczane kolejne niezgrabne kroki. Drzwi altanki były otwarte, kłódka brutalnie przetrącona. Prawdopodobnie ktoś już był tu przede mną, a po zapachu wydobywającego się ze środka altany podejrzewałem, że nadal tu jest. Jeśli nie duszą, to nadgryzionym przez czas truchłem. Jedynym źródłem światła wewnątrz były luki w deskach, przez które przebijały się pojedyncze promienie słońca. Wszystko pokrywała gruba warstwa kurzu. W pierwszym pomieszczeniu znajdowało się dosłownie wszystko, jednocześnie przerażające nic przydatnego. Porozrzucane narzędzia ogrodnicze, części samochodowe, resztki opakowań po proteinowych batonikach. Wszechobecny chaos. I ten odór, który przeszywał nozdrza. Dochodził prawdopodobnie z drugiego pomieszczenia, do którego prowadził ślad zaschniętej krwi. Obwiązałem twarz szczelnie koszulką, chwyciłem lampę i pewnie ruszyłem do drugiego pomieszczenia. Myślałem, że widziałem już wszystko. Błąkam się po tych bezdrożach już dobrych parę lat. Wycierając spoconą twarz, nadal nie mogłem wymazać sprzed oczu obrazu tam zastanego. Rozerwane na strzępy ciało, częściowo rozsmarowane na ścianach tonęło w tłustych robakach. Ciekawe czym sobie na to zasłużył. Co poza wodą mogło skłonić kogoś do tak chorego czynu. Jedyne co wstrzymywało mnie przed dokładnymi oględzinami to okrutny odór, który stał się nie do wytrzymania i strach przed powrotem oprawcy, lub co gorsza oprawców. Wycofując się do wyjścia usłyszałem tylko podmuch wiatru, który nagle trzasnął drzwi z hukiem. Kolejny podmuch wiatru cisnął piaskiem prosto w ściany przeżartej drewnianej chatki wywołując ogłuszający szum.  Warunki atmosferyczne zmusiły nas do wspólnego mieszkania pod jednym dachem tej jednej niekorzystnej nocy. Piasek obijał się o drewniane ściany, otaczał mnie trupi chłód i potworny smród. Ranek nie nadszedł zbyt szybko. Noc nie przynosiła snu. Szum czesał mi neurony prowadzając w stan niepokoju. Czasem gdy się budzę zastanawiam się jak przeżyłem. Tej nocy spotkało mnie to dobrych kilka razy. Gdy sen nie przychodzi wiem, że to jedynie moja zasługa, gdy bacznie pilnuję sam siebie aż do pierwszych promieni atomowego słońca.
Bezwietrzna cisza wyrwała mnie ze snu. Nigdy nie powinienem tak odpływać, nigdy. Już zapomniałem jak to jest budzić się z dwururką przytkniętą do nosa.
- Witaj. - wycedził przez wykrzywione zęby właściciel obrzyna. - Co robisz tak wcześnie w mojej kuchni? Śniadanie?
- Nie.
Wyglądał tak jak przystało na nieprzytomną od zanieczyszczeń i promieniowania resztkę człowieka. Włosy tak jak zęby w całkowitym nieładzie, łyse placki i zapocone gęste kołtuny zdobiły pełną guzów głowę. Mówiąc śniadanie miał pewnie na myśli resztki mięsa z sąsiedniego pokoju. Jego szklisty, mętny wzrok sugerował, że powinienem znaleźć się dziś na jego talerzu. Sapał okrutnie, musiał wyczuć mnie z większej odległości, wiedziony głodem biegł, więc miałem przewagę. Na dodatek szukał we mnie towarzysza wspólnych rozmów.
- Całe szczęście. To czego szukasz, na pewno nie znajduje się tutaj, jedyne co tutaj znajdziesz to śmie...
Kopiąc go z całej siły w goleń, drugą nogą wybiłem obrzyn z jego ręki. Złapałem go w powietrzu i kierując wprost na jego twarz pociągnąłem za spust. Jego obrzydliwa twarz rozsmarowała się na ścianie.
- Śmieci. - dokończyłem za niego, dla własnej satysfakcji.
Jak każdy dziś, tak mój niedoszły konsument nie miał przy sobie nic przydatnego. Dodatkowe cztery naboje do obrzyna wygrzebałem z wewnętrznej kieszeni jego kurtki, poza tym absolutnie nic. Przedmioty codziennego użytku zmieniły swoją definicję już dawno. Z talerzy, kubków i telefonów komórkowych, na noże, kule i chociażby gwoździe. Wszystko czym można zrobić krzywdę komuś kto zabiera co Twoje, w szczególności życie, lub ma to co chcesz mieć. Taki wypaliliśmy świat, nic już nie poradzę. Chciałem jedynie przetrwać. Zebrałem co moje i zostawiając niedojedzony posiłek wraz z martwym właścicielem. Wszystkie drogi prowadziły kiedyś do Rzymu, teraz, gdy Rzymu nie ma, wszystkie drogi prowadzą donikąd. Iść można ciągle, nie wiedząc dokąd się zmierza, wtedy dotrzeć można wszędzie. Wiedziałem dokąd idę, a co zabawne w kontekście tej historii dotarłem do całkiem innego miejsca. Widać je było z daleka i wcale nie musiałem zmieniać kierunku. Ciekawi mnie, czy to ja zbliżałem się do tego majaczącego na horyzoncie przybytku, czy to on zmierzał w moją stronę, bo od upału nie wiem już sam, czy tak naprawdę szedłem. Potężna metalowa konstrukcja migała w oparach gorącego powietrza. Ogród rozciągał się na przestrzeni kilku hektarów. Potężna stalowa konstrukcja łączyła szklane przestrzenne okna w jedną spójną kopułę, która rozpraszała promienie słońca utrzymując iście legendarną, tropikalną temperaturę. Woda lała się po ścianach, roślinność kwitła gęsto i wszystko wydawało się być fatamorganą. Na samym środku znajdowała się sadzawka. Chłodna tafla przyjemnie rozbiła się pod uderzeniem mojej głowy, woda otuliła mnie, a pod jej powierzchnią włosy zawirowały otulając mą twarz. Piasek wsypał się w moje nozdrza, powieki drażniły drobne ziarenka. Nadszedł odpoczynek jakiego potrzebowałem.
Smród będzie się ciągnął, a ślady pozostawione na zakurzonym bezdrożu w końcu sprowadzą nieszczęście. Tym razem to tylko znajomy brodacz. Wiadomo, jakoś sobie poradzi, ale niebezpieczeństwo wciąż istnieje. Może po drodze zaproponujecie mu chusteczkę? Może znajdzie patyczek, by wygrzebać sobie resztki mnie spod podeszwy. Uwolni mnie spod twardego buta sprawiedliwości. Strzelam, że to tylko takie specyficzne, absurdalne poczucie humoru i warto wziąć poprawkę na całą sytuację. Siedząc pod dyskontem odzieży ochronnej w tym zbiorowym halucynogennym świecie podległej rzeczywistości.
- To wszystko na szczęście. - zapewnia mnie, choć oko błyszczy mu nieprzyzwoicie.

12/31/2019

dwudziesty dziewiąty promień słońca

Za każdym razem, gdy Martin Prince zamykał oczy, pod jego powiekami rysowały się kadry. Dymki pełne dialogu, barwne obrazki przedstawiające dynamiczną akcję i geometryczne ramy zamykające je grubą czarną linią w określonych strukturach. Zastanawia się już bardzo długo skąd się biorą. Wibrujące obrazy udające rzeczywistość. Nadal nie potrafi znaleźć przyczyny ich początku i końca. W pracy nie zaprząta sobie nimi głowy. Lista obowiązków skutecznie odwracała jego uwagę. Mógłby przysiąc, że to praca z komputerem wysysała z niego całe zainteresowanie, ale nikt nigdy o to nie zapytał. Temat ginął w blokach. Martin pracuje w małym biurze. Towarzysze biurowej niedoli nigdy nie dowiedzą się o powstających w jego głowie arcydziełach. My też nie. Martin z kolei nigdy nie dowie się, że są to arcydzieła. Ciekawe, czy to przez brak odwagi, czy przez wstyd jaki towarzyszył przenoszeniu ich na kartki. Koślawe i niepoprawne, niedoskonałe i wyblakłe. Nigdy idealne. Zawsze inne. W każdym razie: praca. Priorytet dnia codziennego. Tak myślał, biorąc kolejny kęs pytlowego chleba rano. Chleba za zarobione pieniądze. Drugie śniadanie przy komputerze i arkuszu kalkulacyjnym również smakowało jak miedziane trzy czterdzieści. Exel potwierdzał te przypuszczenia. Wieczorem gdy zmył z zębów smak pieniądza i parł głową w poduszkę wiedział, że to wszystko jakby nie tak. Przez chwilę czuł, że coś pod powiekami jest ważniejsze. Martin wstawał wtedy i szybko, z precyzją księgowego, kalkulował wszystko co zdołał wymyślić. Efekt końcowy chował skrzętnie do szuflady, by nikt nie mógł go ocenić. Krytyka to jedna z niewielu rzeczy na których się znał i wiedział, że obrazki niewarte były oczu postronnych. Jego oczu również, bo do szuflady już więcej nie zaglądał. Starał się o nich zapomnieć, traktował je jak problemy dnia wczorajszego dokładając latami kolejne kartki. Pewien wieczór przyniósł nadspodziewanie owocny obraz. Nieoczekiwanie sam pomysł pączkował w kolejny. I kolejny. Kartki zaczęły same uzupełniać się w zauważone obrazy. Zadowolony z siebie jak nigdy, gdy wszystko co przyszło mu do głowy postanowił ulokować w oddalonym od cywilizacji, bezpiecznym miejscu napotkał pewien problem. Szuflada przepełniona pomysłami, odmówiła posłuszeństwa i nie dała się zamknąć. Była przepełniona. Martin  przysiągłby, że słyszy jej krzyk. Onomatopeiczny ból, ból satysfakcji niczym po odejściu od wigilijnego stołu. Z całych sił próbował domknąć niesforną szufladę, jednak ta jak na złość pozostawała uchylona. Późny wieczór, jaki towarzyszył temu wydarzeniu sprawił, że uznał to za błahy kłopot, a jako główny bohater postanowił zniknąć w objęciach Morfeusza. Rano koniecznym było wstać do pracy. Martin Prince wstał dziś o brzasku i w lodowatej wodzie przemył zaspane oczy. Zaczerwienione spojówki i podpuchnięte gałki oczne wprawiły go w niepokój. Kolejny dzień z rzędu pojawi się w pracy zaspany, wyczerpany, jakby całą noc imprezował. Tym razem jednak zmęczenie wynagradzał mu owocny wieczór. Sińce przypominają mu ogród z lat dzieciństwa, gdzie rosły pożółkłe od dojrzałości renklody. Kreatywny proces wplótł rzeczywistość w nostalgię za beztroskim dzieciństwem. Godziny wlekły się niewyobrażalnie. Komórki w arkuszu splatały się i łączyły bez większego sensu, a ich suma nie chciała się pogodzić, aż do kilku kolejnych sprawdzonych wyników. Ostatnia godzina pracy w końcu przyczołgała się, jak gąsienica z drugiego końca świata. W pośpiechu wrócił do mieszkania. Podbiegł do biurka, a w jego wnętrzu nic nie znalazł. Szuflada była pusta. 

7/23/2019

krwisto.czerwone.roze.milosci.rozkwitly.zima.na.snieznej.polanie.html

- Powiedział, że jak się ze mną obudzisz, to Cię zabije. 
- Nie dbam o to.
- Ale ja dbam o Ciebie, boję się, że Cię stracę.
- Jeśli mnie nie zdobędziesz, to mnie nigdy nie stracisz. Nie budź mnie wcale, wtedy nie obudzę się z Tobą. Zaśnijmy wreszcie, spotkasz mnie. Tam gdzie zawsze.
- Wiesz, że nie mogę być szczęśliwy. Takie są zasady.
- Nie rozumiesz, o to właśnie chodzi. Na tym polega zabawa. Pozwól, że najpierw odnajdę Ciebie, pozwól mi znaleźć Ciebie. Wszystko będzie dobrze. Zaufaj mi.
- Jak chcesz mnie znaleźć. Już jest za późno. Wszystko zepsułem.
- Nigdy nie jest zbyt późno, jeśli wiesz czego szukasz. Znalazłam Cię, szukałam Cię całe swoje życie. To nigdy nie byłeś Ty, a jednak Cię znalazłam.
- Tak bardzo się boję. Jeśli mój sen się tutaj spełni, on Cię zabije.
- Wiem. Chodź już, robi się naprawdę późno. Musimy już iść.
- Obiecaj mi, powiedz, że gdzieś tam czeka nas happy end, jakieś szczęśliwe zakończenie, coś o czym będę myślał, co będzie mnie trzymać przy życiu, gdy wszystko się spierdoli, a spierdoli się na pewno.
- Chodź już!
- Mam złe przeczucia!
- Chodź już! Robię się głodna.
- Nie żartuj!
- Nie żartuję! Zjem Cię, hahaha!
- Boję się, to wszystko nie tak, nie tak miało być.
- Wiem. Wiem o Tobie wszystko. Zapomniałeś, prawda?
- Przepraszam. Zawiodłem Cię.
- Nie przepraszaj. Nie błagaj. Nie przebaczaj. Nie proś, nie żałuj. Nie odmawiaj mi.
- Nie odchodź.
- Nigdzie się nie wybieram, chyba, że idziesz ze mną. 



Chłosta spotyka wasze nienawiści,
Niebo obrało miłość za narzędzie
Zabicia pociech waszego żywota;
I ja za moje zbytnie pobłażanie
Waszym niesnaskom straciłem dwóch krewnych.
Wszyscy jesteśmy ukarani.